Tatry - luty 2000
Pełni zapału w sile dwóch Świstaków (czyli Konrad i Tomek) pełni
nadziei na wspaniały wyjazd wsiedliśmy do pociągu. Nie bardzo byliśmy pewni,
czego możemy się spodziewać, tym bardziej, że parę dni wcześniej
lawina zniosła słowackie schronisko pod Rysami.
Pociąg oczywiście był opóźniony o "planowe" 15 minut. Po wyjściu na dworzec
zobaczyliśmy jeden kolor - szary. Śniegu praktycznie nie było, tylko szara
warstwa pokrywała ulicę, niebo było szare, tak jak wszystko dookoła. Po wizycie
w sklepie bardzo szybko uciekliśmy z tego miasta.
Do Murowańca dotarliśmy bardzo szybko. Na szczęście pogoda okazała się łaskawa
i wieczorem widać było piękne, tatrzańskie niebo. Jednak nie było dane nam
spokojnie odpocząć po całonocnej podróży. Wydawało nam się, że
skoro jest już po sezonie - to w schronisku powinien być spokój.
O, jakże się myliliśmy! Gdy już się zaczynało ściemniać, do naszego pokoju
wpadło pięć rozwydrzonych osób. Nie ma sensu rozwodzić się nad ich
zachowaniem, ale jeden szczegół wydaję się być interesujący. Ok. godz. 17:00
dwóch chłopaków postanowiło się przejść - przez przełęcz Liliowe na Beskid.
Nie zabrali ze sobą oczywiście żadnego wyposażenia: nie mieli ani raków,
ani kijków, nawet latarki. Jeden z nich wybrał się w czapce "baseballówce"...
Mieli to szczęście, że natknęli się na żołnierzy ze Straży Granicznej, którzy
bezpiecznie sprowadzili ich do schroniska.
Następnego dnia mieliśmy piękną pogodę. Udało nam się wstać dosyć wcześnie i
po skromnym śniadaniu udaliśmy się w Góry. Postanowiliśmy pójść przez Zawrat
według gazetki abonentów Plusa "jeden z najtrudniejszych polskich szczytów" ;-) )
Stamtąd postanowiliśmy przespacerować się Orlą Percią i spróbować zejść Kozią
Przełęczą. Jednak okazało się to niemożliwe, więc wróciliśmy tą samą drogą. Do
Doliny 5 nie chcieliśmy schodzić, tym bardziej, że szlak Doliną Roztoki
i przez Swistówkę był
zamknięty i aby nie wracać przez Zawrat musielibyśmy iść do Moka przez
Szpiglasową Przełęcz.
Następnego dnia pogoda się, hmmm, zepsuła. W nocy dopadało 20 cm śniegu, cały
czas wiało i dosypywało śniegu. Po torowaniu drogi do Czarnego Stawu
Gąsienicowego zrezygnowaliśmy z wchodzenia na Kościelec, natomiast udaliśmy
się w kierunku Koziej Przełęczy. Jednak także z wchodzenia nią musieliśmy
zrezygnować. Tego samego dnia 5 osób próbowało wejść na Kościelec. Jednej się
udało, natomiast po dwóch "taterników" musiał o godz. 19 wychodzić TOPR.
Owi "zdobywcy" wybrali się na nartach na wschodnią ścianę Kościelca. W pewnym
momencie, jak później tłumaczyli ratownikom, nagle wyrosła przed nimi skała i
zaskoczyła ich... zima! Ci ludzie byli dobrze wyposażeni, ale jak widać nawet
najlepszy sprzęt nie zastąpi odrobiny wyobraźni. O godzinie 3 nad ranem hałas
w schronisku oznaczał koniec akcji TOPRu.
Kolejny dzień przyniósł lekką poprawę pogody, jednak po kolejnych opadach
śniegu i silnym wietrze stopień zagrożenia lawinowego podniósł się do 3.
Postanowiliśmy przez przełęcz Liliowe pójść w kierunku Świnicy. Na przełęczy
przywitał nas wiatr. Nie da się opisać tych widoków, które nam się ukazały.
Pięknie pobielone Tatry Zachodnie, wspaniałe Tatry Wysokie, no i Dolina
Wierchcicha... Nasyceni tym widokiem ruszyliśmy naprzód. Z wejścia na
Świnicę zrezygnowaliśmy - Tomek nie wziął czekana... - postanowiliśmy więc
wrócić do Przełęczy Liliowe i dalej przez Beskid w kierunku Kasprowego. Pogoda
zaczęła się psuć, od Słowacji nadeszły chmury, ale miejscami po pas w śniegu
doszliśmy na Kasprowy.
Tego dnia spotkaliśmy człowieka, który postanowił przejść od Kasprowego przez
Świnicę, Karb (tak, tak), Zawrat dojść do Doliny 5 Stawów. Mieliśmy poważne
wątpliwości, czy mu się uda, jak się później okazało - słusznie. Nie zdążył
oczywiście dojść do Doliny, a po wielu perypetiach (np. zjazd z "deską" 150 m
w dół do Doliny Wierchcichej) ok. 3 w nocy dotarł do Murowańca. Nie da się
ukryć, że miał trochę szczęścia. Gdy wychodziliśmy rano ze schroniska natknęliśmy
się na postać śpiącą kamiennym snem na podłodze przy wejściu. Po powrocie do
domu dowiedziałem się, że to był właśnie on. Kolejna osoba, która przeliczyła
się trochę ze swoimi siłami, ale na szczęście wystarczyło ich na dojście do
schroniska.
Nadszedł powrót do domu. Na Hali Gąsienicowej były -2 st. C., cisza, na niebie
szare chmury. Gdy dotarliśmy do Przełęczy między Kopami, zaczęło się. takiego
wiatru nie widziałem w życiu ani razu. Spieszyliśmy się do autobusu, nie
chcieliśmy taplać się w śniegu w Jaworzynce, więc postanowiliśmy pójść przez
Upłaz. Po przejściu jakiś 70 metrów zacząłem się modlić, żeby mnie nie zwiało.
Wbici rakami w śnieg, podpierający się z całej siły na kijkach, stanęliśmy i
nie mogliśmy iść dalej. Jedyna rozsądna decyzja, to był powrót do Przełęczy i
zejście Jaworzynką. Jeszcze nigdy tak długo nie szedłem tym odcinkiem. Z ciężkim
plecakiem, w rakach i z kijkami mało co nie poleciałem z wiatrem. Później już
było lepiej. W śniegu co najmniej po kolana dotarliśmy do lasu, po drodze
zawróciliśmy jedną rodzinkę, która wybierała się na Murowaniec bez żadnego
sprzętu i szczęśliwie dotarliśmy do Kuźnic, skąd bardzo szybko, przelatując
przez Zakopane lotem koszącym pojechaliśmy do domu.
Wyjazd, choć krótki był udany i dzięki niemu możecie obejżeć kilka ciekawych
(mam nadzieję) zdjęć.
KMB
Powrót do poprzedniej strony