TURYSTYKA GÓRSKA - WSPINACZKA - JASKINIE - SCHRONISKA - CZAT


Munti Rodnei

(Góry Rodniańskie – Rumunia)

Rumunia po raz pierwszy

Moja pierwsza wyprawa w Rumuńskie góry zaprowadziła mnie w mało odwiedzane Góry Rodniańskie (Munti Rodnei) zwane też Alpami Rodniańskimi ze względu na alpejski typ dolin. Wybraliśmy dosyć okrężną drogę do celu, bo przez Ukrainę, skąd zabieraliśmy część grupy. Do Nowego Miasta na Ukrainie dojechaliśmy samochodem, który jechał z transportem do tamtejszej parafii katolickiej. Dalej już w komplecie – siedem osób – mieliśmy jechać dalej pociągiem.

Już na pierwszym etapie zaliczyliśmy falstart. W dniu wyjazdu okazało się, że właśnie zaczął na Ukrainie obowiązywać nowy rozkład jazdy i pociąg, na który przyszliśmy odjechał godzinę wcześniej. Ze względu na trudności transportowe wróciliśmy do naszego punktu noclegowego w środku nocy, by na następny dzień spróbować rozpocząć wyprawę po raz drugi.

Tym razem się udało. Ukraińskie pociągi wiozły nas wolno, ale cały czas naprzód do celu. Kolejne przesiadki – Drohobycz, Lwów, Stanisławów i Czerniowce, gdzie przesiedliśmy się w autobus, żeby przekroczyć nim granicę z Rumunią. Przekraczanie granicy, jak i cały przejazd przez Ukrainę, nie obył się bez przygód – celniczka ukraińska zajrzała mi do każdego pudełeczka z kremem, do mydelniczki itd. Na szczęście nie testowała wszystkiego na sobie. Spędziliśmy na granicy blisko trzy godziny, ale w końcu pojechaliśmy dalej. Kilka kilometrów za granicą przeżyliśmy kolejną chwilę grozy, gdy zatrzymał nas patrol policyjny a funkcjonariusze wylegitymowali wszystkich po kolei. Jeden z pasażerów zmuszony został do opuszczenia pojazdu.

Gdy wreszcie dotarliśmy do Suczawy było już za późno by ruszać dalej. Zaczęliśmy się rozglądać za noclegiem. Mieliśmy dużo szczęścia. Zaczepiony ksiądz wychodzący właśnie z jedynego w okolicy kościoła katolickiego okazał się być z pochodzenia Polakiem. Miejscowa Polonia przyjęła nas serdecznie i po chwili mieliśmy już, gdzie spędzić noc. Rano odprowadzono nas na dworzec i pożegnano serdecznie.

Niestety rozpoczynający się dzień nie zapowiadał się pogodnie, ale niezrażeni ruszyliśmy w dalszą drogę. Naszym celem była Vatra Dornei – miejscowość, do której pociąg mozolnie wspinał się na znaczną wysokość. Deszcz rozpadał się na dobre, ale mogliśmy podziwiać z okien pociągu góry, które rozciągały się dookoła nas, podczas gdy pociąg piął się coraz wyżej i wyżej.

Po przyjeździe do Vatra Dornei, mimo że dzień się dopiero zaczął, pogoda zmusiła nas do poszukania schronienia – wychodzenie w góry nie miało sensu. Znalezienie noclegu nie było to łatwe i ale końcu udało się. Po raz kolejny przydała się obecność księdza w grupie, który załatwił nam nocleg na plebanii. Zresztą po całym dniu spędzonym na biednej stacyjce było nam już obojętne, gdzie spędzimy noc.

Trudne początki

Następny dzień również nie przywitał nas słońcem, ale nie padało więc ruszyliśmy dalej. Wsiedliśmy do rozklekotanego autobusu i pojechaliśmy do miejscowości o wdzięcznej nazwie Cirlibaba, skąd dalej ruszyliśmy wreszcie na własnych nogach dalej. Początkowo szliśmy asfaltową drogą na przełęcz Pasu Rotundo (1271 m), skąd odbijał szlak prowadzący na główną grań. Powoli nabierając wysokości poczuliśmy, że jesteśmy nareszcie w górach.

Gdy skończył się las zobaczyliśmy kilka bacówek rozrzuconych po hali, przy każdej z nich zaś kilka zagród ze zwierzętami. Gdy mijaliśmy jedną z nich mieszkańcy przywitali nas serdecznie. Słowa powitania skierowali do nas w swoim własnym języku, a my odpowiadaliśmy w swoim. Mimo bariery językowej wiedzieliśmy, że są bardzo serdecznie do nas nastawieni. Gdy mężczyźni zobaczyli dwie dziewczyny w grupie zaproponowali – na migi – wymianę: tę z niebieskimi oczami za świniaka. Na szczęście nasi koledzy postanowili nie wymieniać „kucharek” na „prowiant”. Wymieniliśmy paczkę makaronu za porcję świeżego białego sera i poszliśmy dalej.

Po kilku godzinach marszu rozbiliśmy obóz w niewielkim siodle. Zatrzymaliśmy się tam, gdyż niedaleko była woda, a nie wiedzieliśmy jak to będzie wyglądać dalej. Poza tym gęstniejąca mgła i mżawka nie zachęcały do dalszego marszu.

Nie jesteśmy sami...

Pierwsza noc w górach minęła spokojnie natomiast rano mieliśmy niespodziewanych gości. Do naszego obozu zeszło trzech Czechów, którzy bez namiotów i tylko z małymi plecaczkami, już zupełnie pustymi, przeszli prawie całe pasmo. To oni powiedzieli nam, że warto zboczyć nieco z głównego szlaku, by na noc zatrzymać się w kabanie. Była to drewniana chatka, z piecykiem i zapasem suchego drewna, przygotowana właśnie dla turystów przemierzających tutejsze szlaki. Niepisane zasady wymagały, by zostawić ją w takim stanie w jakim się ją zastało. Należało też uzupełnić zapas drewna.

Zanim wyruszyliśmy była już prawie 11.00. Po dwóch godzinach wędrówki dopadł nas grad, a potem zaczęła się regularna ulewa. Na duchu podtrzymywała nas myśl, że naszym celem jest sucha, przytulna chatka. Zanim jednak tam dotarliśmy byliśmy już mokrzy, brudni i zmęczeni.

Jednym radosnym przerywnikiem w tej trudnej wędrówce było spotkanie ze stadem koni, które pasą się swobodnie w tych górach. Ich właściciele wypuszczają je wiosną, gdy śnieg stopnieje i łapią jesienią. Przez całe lato półdzikie konie przemierzają nieskaliste partie gór, łąki, hale, w poszukiwaniu soczystej trawy. Widok tych pięknych zwierząt w otoczeniu surowej przyrody gór był niesamowity.

Ja się stąd nie ruszam!

Gdy w końcu dotarliśmy do kabany jednogłośnie podjęliśmy decyzję, że nie tylko zostajemy na noc, ale również na kolejny dzień, by odpocząć po długiej podróży i zaaklimatyzować się. Kabana składała się z dwóch izb – przedsionka i głównej izby, gdzie stał żelazny piecyk i stół. Pół izby zajmował drewniany podest, na którym można było rozłożyć spanie – karimata przy karimacie – akurat miejsca dla siedmiu osób. Podczas gdy z koleżanką gotowałam ciepły posiłek na wieczór, reszta grupy podzielona na dwie części ruszyła na obchód okolicy. Panowie szybko znaleźli wodę, a także kolejne skupisko bacówek, gdzie znowu serdecznie przyjęci zamienili jakąś konserwę na świeże mleko.

Pierwsze "zdobycze"

Poranek (o 7.00 rano) przywitał nas błękitnym bezchmurnym niebem. Po naradzie postanowiliśmy zostać w kabanie jeszcze dwie noce, żeby móc wejść na najbliższe szczyty bez plecaków. Dwie osoby zostały w kabanie, by pilnować naszych rzeczy, a reszta pełna optymizmu względem pogody wyruszyła na Ineu (2280 m). Szlak wiódł ostrą, postrzępioną granią, ale bez plecaków nie była ona trudna do przebycia. Niestety po tańcu zwycięstwa, który odtańczyliśmy na szczycie, szybko musieliśmy schodzić z powrotem, gdyż z góry zobaczyliśmy zbierające się na horyzoncie ciemne chmury.

Na szczycie szlak rozchodził się w czterech kierunkach i... – jak to zwykle w takich wypadkach bywa – poszliśmy niewłaściwą odnogą. Zanim się zorientowaliśmy byliśmy już dość daleko od szczytu, za to chmury były coraz bliżej. Krótkie spojrzenie na mapę i decyzja – trawersujemy by dojść do właściwego szlaku. Groźba deszczu była coraz bliżej, a my mieliśmy spory kawałek zbocza przed sobą. Nie przeszliśmy nawet połowy dystansu, gdy zaczął padać deszcz z gradem. Teraz szło się naprawdę źle. Co chwilę, ktoś zjeżdżał kilka metrów po śliskiej trawie. Zanim dotarliśmy do ścieżki wydeptanej przez pasterzy, a która prowadziła do właściwego szlaku rozpadało się na dobre. Jednak dziękowaliśmy, że nie jesteśmy teraz na skalistej ścieżce, którą byśmy szli, gdyby nie pomyłka.

Po dotarciu do właściwego szlaku – już poniżej grani – szybko dotarliśmy do kabany, gdzie "dyżurni" czekali już z ciepłą herbatą i posiłkiem.

Podczas naszej nieobecności stróżujący w kabanie mieli gości. Około południa zjawili się rumuńscy pasterze i na migi pytali o papierosy. Niestety nie pomyśleliśmy by wziąć takowe na wymianę, więc byli bardzo zawiedzeni. W żadnej innej kwestii nie można było się z nimi dogadać, a my wróciwszy zastaliśmy ich zajadających nasze słone orzeszki. Ledwie udało nam się ich wieczorem pozbyć, by w spokoju świętować urodziny jednego z uczestników, który z wielkim poświęceniem wyniósł na górę butelkę wina na tę okazję.

Słoneczny poranek i deszczowe popołudnie

Następny poranek znowu przywitał nas bezchmurnym niebem, ale tym razem nie daliśmy się zwieść, zebraliśmy się szybko i ruszyliśmy z całym dobytkiem na plecach w drogę. Wybraliśmy szlak omijający trawersem Ineu. Zeszliśmy do malowniczego kotła, w którym znajdowały się niewielkie oczka górskich stawów otoczone niezliczoną ilością różowych kwiatów. Na stokach można było zauważyć pasące się stada owiec, a od czasu do czasu słychać było pogwizdywanie pasterzy i szczekanie pasterskich psów.

Teraz z rozbawieniem wspominam jednego z nich, który przyłączył się do nas na biwaku, ale wtedy nie było mi do śmiechu. Gdy po posiłku poszliśmy dalej, w odległości kilku kroków podążał naszym tropem wielki pasterski pies rasy bliżej nieokreślonej. Jego zachowanie trudno było nazwać przyjaznym i zastanawialiśmy, kiedy rzuci się na kogoś. Zdany w górach na własne siły pies był po prostu głodny, a turyści mogli przecież zostawić po sobie coś do jedzenia. Szedł za nami niestrudzenie prawie cały dzień i dopiero kolejna fala deszczu i gęstniejąca mgła skłoniła go do opuszczenia nas. Chyba wszyscy odetchnęli wtedy z ulgą.

Deszcz padał coraz mocniej, więc zaczęliśmy się rozglądać za miejscem na rozbicie namiotów. W końcu zeszliśmy do głębokiego kotła, jakieś 200 m poniżej głównej grani, gdzie między kosodrzewiną rozłożyliśmy obóz. Niedaleko znaleźliśmy źródełko, więc nie musieliśmy się martwić o wodę. Przebraliśmy się z mokrych rzeczy w wilgotne i w nienajlepszych nastrojach położyliśmy się spać.

Przecież to nie Transylwania!!!

Przez całą noc słychać było równomierne bębnienie kropel deszczu o płótno namiotu, które raz usypiało a innym razem budziło. Przestało padać dopiero o świcie. Nie oznaczało to jednak poprawy pogody. Gdy wyszliśmy z namiotów ledwie widzieliśmy siebie nawzajem. Było tak przez cały dzień i mimo, że na najwyższy szczyt – Pietrosul (2305 m) – było niedaleko, nie było sensu ruszać dalej. Pod wieczór pogoda – choć wydawało nam się, że to niemożliwe – zepsuła się jeszcze bardziej, a z oddali usłyszeliśmy odgłosy nadchodzącej burzy. Poprawiliśmy mocowanie namiotów i zapadliśmy w sen.

W środku nocy obudziła nas burza, której centrum wydawało się być bardzo blisko. Pioruny waliły gęsto, ale na szczęście po drugiej stronie grani, poniżej której był nasz obóz. Głuche grzmoty zmieszane z szumem kosodrzewiny, która odrobinę chroniła nas przed wiatrem brzmiały bardzo złowieszczo. Nic więc dziwnego, że gdy wydawało mi się, że na zewnątrz słyszę czyjeś kroki, zaczęłam się naprawdę bać.

Po chwili usłyszałam wołanie z sąsiedniego namiotu:
– Dziewczyny, czy to wy chodzicie na zewnątrz?
– Nie! – odpowiedziałam.
Odezwali się również mieszkańcy trzeciego namiotu:
– My też siedzimy w środku! To, kto w takim razie chodzi dookoła? Widziałem światło latarki!
Zapadła cisza, a każdy zastanawiał się, co tak naprawdę słyszał. Malutki namiocik, który służył mnie i koleżance za schronienie, giął się i furkotał przeraźliwie na wietrze. Wydawało mi się, że słyszę trzask łamanych gałęzi. Mnie również wydawało się, że widzę światło latarki. Kto był na zewnątrz? Przecież nie zbłąkany turysta, bo podszedłby otwarcie i poprosił o schronienie. Więc kto?
– Boję się! – jęknęła moja współlokatorka. – Zrób coś, zaraz w nas uderzy piorun!
Chociaż sama bałam się równie mocno, to starałam się nie okazać tego po sobie. Nie pomogły jednak moje uspakajające słowa. Po chwili dokonaliśmy zamiany. Uznawszy, że w większym namiocie i z chłopakami, będzie się czuła pewniej, koleżanka w strugach deszczu przeszła do namiotu obok. Mnie się w zamian dostał ksiądz, więc wymiana chyba była dla mnie korzystna.

Przeżyliśmy, ale co dalej...

Nie wiem jak długo trwała ta burza, ale nie usnęliśmy dopóki nie ucichły grzmoty, a wiatr przestał przyginać namioty do ziemi. Rankiem zmęczeni wysunęliśmy się z namiotów, by oszacować straty. Okazało się, że burza wyrządziła nam szkodę w postaci uszkodzenia jednego z namiotów. Nigdy się nie dowiemy, czy gałąź, która uderzyła w tropik przedsionka rozcinając go, została rzucona przez burzę, czy też przez człowieka, który podczas burzy chodził dookoła. Postanowiliśmy nie czekać, czy ktoś wróci, czy nie i zwinęliśmy obóz. Pogoda nie pozwalała na kontynuowanie wędrówki w górę, gdyż szlak był zupełnie niewidoczny w gęstej mgle. W nienajlepszych humorach zaczęliśmy schodzić w dolinę.

Po godzinie wędrówki zeszliśmy poniżej chmur, w których siedzieliśmy przez ostatnie dwa dni. Z tęsknotą oglądaliśmy się za siebie, ale szczyty były niewidoczne, a słońce nawet nie próbowało przedrzeć się przez grubą warstwę chmur. Wolnym tempem z powodu przelotnego deszczu i błota na szlaku zeszliśmy na wieczór do miejscowości Borsa, gdzie na prywatnej kwaterze zostaliśmy na noc.

Kolejny dzień nie był lepszy od poprzedniego więc już bez żalu opuszczaliśmy je zmierzając z powrotem do domu. Wsiedliśmy w pociąg, by taką samą trasą, jaką przyjechaliśmy, wrócić do domów.

Pożegnanie z gumowcami

Rumunia i Ukraina nie były by jednak sobą, gdyby na pożegnanie, nie przygotowały nam czegoś specjalnego. Autobus, który miał nas zawieźć przez granicę do Czerniowiec, planowo powinien odjechać z Suczawy o 6.30. odjechał o 8.00. Wyładowany był do połowy – bagatelka – gumowcami. Tak, tak! Chodzi mi o zwykłe buty gumowe. Z tego powodu celnicy rumuńscy bardzo zainteresowali się naszym autobusem. Do nas się nie przyczepili, ale odprawa nieszczęsnych "bucików" trwała 5 godzin i... nie powiodła się. Wreszcie opuściliśmy granicę, ale bez gumowców.

Dalsza droga przez Ukrainę przebiegła bez większych zakłóceń, jeśli nie liczyć kozy w przedziale w którym spałam, nieotwierających się okien w dzień i niezamykających w nocy itp. Wszystkim amatorom wrażeń z całego serca polecam tą trasę.

tekst i zdjęcia
Joanna Szczepanowicz

jo_sz23@poczta.onet.pl

PS. W Górach Rodniańskich byłam w 1996 roku więc od tego czasu na pewno wiele się zmieniło. Jeśli chodzi o dojazd to już wówczas można było przejechać autobusem z Przemyśla do Suczawy. W sierpniu 2001 roku taka przyjemność kosztowała 70,00 zł, ale trwała zamiast planowanych 12 godzin – 20 godzin (wszystkie nadgodziny spędziliśmy na granicy rumuńsko-ukraińskiej). Z Suczawy jeżdżą pociągi do Dornei, a dalej to już według uznania.

Poniżej kilka fotografii, które pomogą poznać bliżej Góry Rodniańskie. Może pomogą w podjęciu decyzji o wyjeździe.


Góry Rodniańskie nie są zbyt dużym pasmem, ale mało uczęszczanym. Podczas tygodniowego pobytu spotkalismy turystów dwa razy. Czechów, o czym piszę obok, i dwójkę Rumunów – ojca z synem. Dla mnie jest to bardzo poważny argument przemawiający na ich korzyść.



Góry te mają raczej łagodny charakter. Mało jest skalistych zboczy i grani. Większość stanowią łagodne kopy o wysokości dochodzącej do 2300 m.



Fakt, że w tych górach jest tak mało turystów, sprawia, że czujemy się tu jeszcze bliżej dzikiej przyrody niż gdzie indziej. Wrażenie to zakłóca jedynie obecność pasterzy pasących owce na stokach. Niestety nie zawsze można ich uznać, za korzystny element krajobrazu. Bywają dość natrętni. Pamiętajcie o papierosach dla nich, przydają się.



Dość uciążliwą cechą – miejscowi twierdzą, że taki jest urok tych gór – jest charakterystyczna pogoda. Polega to na tym, że zwykle budzi nas piekne słońce – zwłaszcza o świcie. Gdy nocujemy w wyższych partiach gór, możemy zaobserwować przepiękne zjawisko, polegające na zaleganiu mleczno-białych mgieł w dolinach. Niestety, choć widok piękny, nie wróży on nic dobrego. W miarę upływu dnia mgły z dolin podnoszą się i zaczynają gromadzić się w chmury. W zależności od temperatury robią to szybciej lub wolniej. Gdy chmury stają się zbyt gęste by pomieścić w sobie nowe zapasy wody zaczyna padać. Dzieje się tak zwykle w godzinach popołudniowych 15.00-16.00. Pada przez dwie, trzy godziny o wieczorem wszędzie jest zupełnie mokro, ale nad nami nie ma już chmur. Żeby cykl pozostał zamknięty rosa parująca od świtu z trawy tworzy morze mgieł w dolinach, które się podnoszą i o 15.00 znowu pada... I tak w kółko. Prawda, że wredna cecha. No chyba, że ktoś ma pecha, tak jak my i do tych cyklicznych chmur dołączy jeszcze jakiś front atmosferyczny i wtedy pada cały czas.



Niektórych może to męczyć, ale mam wyjątkową słabość do kwiatów w górach. Każdy wart jest sfotografowania. Niestety nie zawsze zdjęcie oddaje rzeczywistość. Bo jak uwiecznić na zdjęciu górski kocioł z urokliwym jeziorkiem otoczony kępami różowych kwiatów. Nie da się. Albo kwiatki, albo jeziorko.



Były kwiatki, teraz jest jeziorko. Prawda, że wygląda pięknie, ale niestety nie widać w wokół niego różowych kwiatów.



Może nie każdy lubi konie – ja osobiście nic do nich nie mam, ale też nie pałam do nich wielką miłością – ale naprawdę trudno oprzeć się ich urokowi, gdy dziko biegają po górskich halach. Większość z nich nie pozwoliła do siebie podejść wystarczająco blisko, by zrobić zdjęcia. A poza tym jedyne stado, które widzieliśmy z bliska, przechodziło obok nas w ulewnym deszczu. Aparatu nie zalało, ale zdjęcia nie wyszły zbyt rewelacyjnie.

<-- powrót do poprzedniej strony


Świstak 1999-2001
Wykorzystywanie materiałów ze strony (teksty, zdjęcia, grafika itp.) bez zgody autora jest zabronione.