TURYSTYKA GÓRSKA - WSPINACZKA - JASKINIE - SCHRONISKA - CZAT
Rozmiar: 10733 bajtów

Myszy odlatują na południe. ;-)


We wrześniu 2000 roku, za namową moich rodziców wybraliśmy się z nimi oraz naszą malutką córką (miała wtedy 1 rok) na urlop do Pietra Ligure położonego na Riwierze Włoskiej. Planując drogę doszedłem do wniosku, że nie mogę zmarnować okazji i ominąć najciekawsze przełęcze Alpejskie, przez które przejazd wymagałby tylko nieznacznego nadłożenia drogi.
Wyjechaliśmy z Gdańska w czwartkowe popołudnie 31 sierpnia, przenocowaliśmy w Kostrzyniu, następnego dnia przekroczyliśmy granice i robiąc dość częste przystanki dotarliśmy do Ingolstadt, skąd wyruszyliśmy w dalszą drogę następnego dnia. Im dalej na południe tym bardziej górzysty i malowniczy teren mieliśmy przed sobą. Przekroczyliśmy granicę Austriacką na brzegiem jeziora Bodeńskiego i drogą wzdłuż wybrzeża podziwiając przepiękne widoki, w iście żółwim tempie przemieszczaliśmy się w kierunku granicy szwajcarskiej. Kiedy już ją przekroczyliśmy, wjechaliśmy na autostradę w kierunku Chur, podziwiając coraz wyżej piętrzące się nad nami ściany Alp. Kilkanaście kilometrów za Chur ściany skalne zbliżyły się do siebie na tyle, że autostrada przekształciła się w jednopasmową drogę szybkiego ruchu, by po następnych 50 km. dotrzeć do tunelu pod przełęczą Saint Bernardino. Ominęliśmy oczywiście drogę do tunelu i wjechaliśmy na wąską serpentynę, którą poruszając się ze średnią prędkością 20km/h po ok. 30 min. wjechaliśmy na przełęcz. Widoki, pomimo dość nisko wiszących nad nami chmur, zapierały dech w piersiach (sama droga zresztą też ;-) ). Zatrzymaliśmy się na ok. 1,5 h , żeby zrobić choć mały spacer po przełęczy. Niestety czas nas naglił - tego samego dnia wieczorem musieliśmy dojechać nad morze. Wyruszyliśmy z przełęczy, ponownie zjeżdżając niesamowitymi serpentynami przyklejonymi do ścian skalnych i chronionymi betonowymi zadaszeniami przed lawinami. Przejechaliśmy groblę na jeziorze Lugano i po ok. 100km. od przełęczy wjechaliśmy do Włoch. Minęliśmy Mediolan i po dwustu kilkudziesięciu kilometrach, obserwując jak równina przechodzi stopniowo w Alpy Marittime schodzące do morza, dotarliśmy do Genui. Tam wjechaliśmy na Autostrada del Flori, bijącą na głowę nawet autostrady szwajcarskie (biegnie ona w poprzek pasm górskich schodzących do morza, praktycznie tylko w tunelu, lub wiaduktem - nie ma płaskich odcinków) i oferującą niesamowite widoki na góry i morze. Po następnych około 70km. dotarliśmy na miejsce. Drugiego dnia pobytu, kiedy stwierdziłem, że bezczynne siedzenie na plaży mnie nudzi, poszedłem do pobliskiego sklepiku ze wszystkim (od kartek, przez książki i przewodniki po piwo) i zakupiłem mapę szlaków w okolicznych górach. Tego samego dnia wspiąłem się na najbliższą górę wznoszącą się ponad miastem na 299m (w odległości ok. 1,5km od wybrzeża) . W kilka dni później (w tzw. międzyczasie zwiedziliśmy Genuę i Turyn), po dokładnym przestudiowaniu mapy znalazłem dość obiecującą górkę - Monte Carmo wznoszącą się na 1389m npm w odległości ok. 8km w linii prostej od wybrzeża.`
Wstałem rano, zapakowałem plecaczek i wsiadłem do samochodu, celem dojazdu do miejscowości Bardineto, która wydała mi się idealna jako punkt wypadowy do rozpoczęcia wędrówki na szczyt. Sama droga (ok. 30km) powaliła mnie na kolana - niesamowite, zacienione doliny, skąpane w słońcu szczyty górskie i dosłownie przyklejone do ściany domy w nielicznych mijanych po drodze miejscowościach, a ponadto wyłaniający się co chwilę widok na morze. Po około 50 minutach dotarłem do celu i rozpocząłem wędrówkę. Wchodziłem na szczyt od strony północnej, początkowo drogą gruntową zacienioną lasem liściastym, następnie szeroką ścieżką, z której otwierał się stopniowo widok na panoramę Alp nadmorskich. Po przejściu ok. 5km szlak na szczyt odbijał z głównego traktu ku południu. Po chwili ukazał mi się widok gór schodzących do morza i rozpoczął się ostatni etap podejścia, niezbyt trudny, ale dość ostro pnący się ku górze i w kilku miejscach wyposażony w łańcuch. Kiedy stanąłem na szczycie widok był wspaniały (co dość nieudolnie próbowałem oddać na zdjęciach ;-) ). Po krótkim pobycie na szczycie udałem się w drogę powrotną.
Dwa dni później zdecydowaliśmy się z żoną pojechać do Francji (korzystając przy tym z błogosławionej instytucji dziadków i zostawiając nasze maleństwo pod opieką moich rodziców), aby zobaczyć Le Grand Canyon du Verdon. Kanion wypłukany przez rzekę Verdon w górach na północ od Nicei.
Wyruszyliśmy rankiem, by po ok. 120km. i przekroczeniu granicy francuskiej minąć Niceę i skręcić na słynną Drogę Napoleona (sama w sobie jest również bardzo malownicza - miałem okazję przejechać ją kilka lat wcześniej, gdy jechałem z Cannes do Chamonix). Po 80km w miejscowości Castellane skręciliśmy w lewo na drogę widokową. Trasa wiodła początkowo wzdłuż rzeki, wznosząc się stopniowo osławionymi serpentynami i była chwilami tak wąska, że znaki drogowe nakazywały korzystanie z klaksonu przy przejeździe niektórych zakrętów. Po 12km dotarliśmy do Pont Sublime - niesamowitego punktu widokowego umiejscowionego na szczycie urwiska. Nacieszywszy się widokami ruszyliśmy dalej przez miejscowość La-Palud-sur-Verdon, zatrzymując się co chwilę aby podziwiać widoki odsłaniające się przed naszymi oczami. Jednym z bardziej efektownych był niewątpliwie pierwszy rzut oka na ujście Verdon do jeziora Lac de Ste-Croix, nad którego brzeg dotarliśmy po następnych kilkunastu kilometrach. Tam zatrzymaliśmy się aby chwilę odpocząć. Nad jeziorem znajdują się wypożyczalnie kajaków i rowerów wodnych, niestety zaczynało się powoli robić późno i musieliśmy ruszać w dalej. Droga ponownie bardzo ostro pięła się w górę aby osiągnąć wysokość ok. 800 m nad poziom lustra wody, otwierając przed nami kolejne zapierające dech w piersiach widoki. Po następnych 20km dotarliśmy do punktu widokowego Balcons de la Mescla i stamtąd ruszyliśmy już zdecydowanie w drogę powrotną, opuszczając po 26km Parc National du Verdon, i kierując się Drogą Napoleona w kierunku Cannes, a następnie autostradą A8 do Włoch i Pietra Ligure.
W okolicy Pietra Ligure zwiedziliśmy dwie bardzo interesujące jaskinie Grotte di Toriano i Grotte di Borgo Verezzi. Jedną z rzeczy, która mnie zaskoczyła w tych grotach, to temperatura wynosząca tam stale aż 16oC. W piątek 15 września spakowaliśmy manatki i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Polski. Ponownie wybraliśmy drogę przez Mediolan i Bellinzona, ale następnie odbiliśmy w kierunku przełęczy Saint Gottardo. Podobnie jak w przypadku Saint Bernardino ominęliśmy tunel, aby wspiąć się na przełęcz. Na przełęcz prowadzi droga szybkiego ruchu, która aby mieć taki status wychodzi na każdym zakręcie kilkadziesiąt metrów w powietrze, zakręca na estakadzie i wraca na zbocze aż do następnego zakrętu. Na samej przełęczy (2108 m npm) korzystając z pięknej pogody poszliśmy na krótki spacer, aby móc na spokojnie nacieszyć się pięknem otaczających nas gór. Po około 1h ruszyliśmy w dalszą drogę.
Nad jeziorem Urner See w okolicy miejscowości Schwyz wjechaliśmy kolejką linową do kurortu Stos (choć w tej chwili nie jestem pewien nazwy), który jest o tyle ciekawy, że nie można tam dotrzeć inaczej niż kolejką linową, torowo linową lub na piechotę (ponad kilometr w górę z poziomu na którym trzeba zostawić samochód). Po krótkim podziwianiu panoramy wyruszyliśmy do Zurychu.
Następnego dnia rano wyruszyliśmy do miejscowości Rheinfall, aby zobaczyć ostatnia na naszej drodze atrakcję - wodospady na Renie. Po mimo faktu iż nie są one specjalnie wysokie, robią niesamowite wrażenie.
Stamtąd wyruszyliśmy w kierunku Polski, zanocowaliśmy pod Lipskiem, aby 17 września przekroczyć granicę i dotrzeć późnym popołudniem do Gdańska.

Michł Wyżlic
wyzlic@kki.net.pl

powrót do poprzedniej strony


Świstak 1999-2001
Wykorzystywanie materiałów ze strony (teksty, zdjęcia, grafika itp.) bez zgody autora jest zabronione