Nie
tylko dla orłów
Grossglocknera
na żywo po raz pierwszy zobaczyłem latem 2002 roku. Spędzałem wówczas swój
pierwszy dłuższy urlop w austriackich Alpach i w dzień odpoczynkowy wybraliśmy
się na samochodową wycieczkę słynną Hochalpenstrasse (myto 26 euro). Stojąc na
parkingu Gletscherblick pomyślałem sobie, że jak bym wszedł na taką górę, to
byłbym dopiero gość...
Ponieważ
w tym roku (2004) na wakacje wybieram się do Południowego Tyrolu, w okolice
Grupy Ortlera (do 3905 m n.p.m.), postanowiłem zdobyć trochę doświadczenia na
nieco większych alpejskich wysokościach, niż wspinałem się do tej pory (do ok.
3100 m). Grossglockner był w tym wypadku znakomitym adresem.
Oczywiście
zamierzałem zyskać to doświadczenie pod fachowym okiem i opieką, bo nie należę
do tych, co to sami wszystko wiedzą najlepiej. Mój wybór padł na Polski Klub
Alpejski z Tychów. Po pierwsze dlatego, że od jakiegoś czasu w Internecie
śledziłem jego dokonania i wydały mi się one naprawdę na poziomie, po drugie
zaś dlatego, że miał w programie wyprawę w odpowiednie miejsce i w odpowiednim
czasie. Kilka rozmów telefonicznych oraz wymiana e-maili z Prezesem Klubu,
Bogusiem Magrelem, podbudowały moje wrażenie, że mam do czynienia z właściwymi
ludźmi.
Uczestnicy
wyprawy PKA spotkali się przy dworcu PKP, w Katowicach, 18 maja. Ku mojej uldze
okazało się, że większość kandydatów na zdobywców najwyższego szczytu Austrii
jedzie po raz pierwszy z tym Klubem - nie byłem więc jedynym nowym w
towarzystwie. Chętnych na „Grossa” było 13 (w tym dwie damy), na szczęście
grupę uzupełniali liczebnie Prezes Boguś i prowadzący Albert, a na miejscu
miało dojechać trzech goprowców w roli kolejnych prowadzących. Na razie w 15
osób (plus kierowcy) zapakowaliśmy się do dwóch busów VW T4. Po drodze
uzupełniliśmy zaopatrzenie i sprzęt. Między innymi każdy dostał torbę żarcia,
które moim zdaniem powinno było starczyć na dwukrotnie dłuższy czas, niż
przewidywał kalendarz wyprawy. Zresztą, jak ktoś przy okazji mądrze stwierdził,
zjeść to by jeszcze może dało radę, ale gorzej z noszeniem.
Okazało się, że
Grossglocknera zdobywamy od strony południowej, trzeba więc było dojechać do
Kals, objeżdżając Wysokie Taury przez Wiedeń, Graz i Klagenfurt. Na miejsce
dotarliśmy o świtaniu - akurat było nieco czasu na przepakowanie plecaków,
zanim otworzyli schronisko Lucknerhaus (1920 m). Po skorzystaniu z toalet i
kawiarni (kolejność dowolna) udaliśmy się na pierwszy odcinek bojowy.
Początkowo szliśmy spokojnym spacerkiem drogą, która stopniowo zawęziła się do
ścieżki. Od pierwszego krótkiego postoju koło (nieczynnego) schroniska Lukcnerhütte (2240 m) zaczął się śnieg, początkowo niezbyt głęboki,
potem sprawiający momentami pewne problemy. Od czas do czasu któryś z
objuczonych uczestników zapadał się po kolana, albo i po... głębiej, ale mimo
tego i słabo przespanej nocy humory dopisywały. Po jakichś czterech godzinach
dotarliśmy do miejsca pierwszego noclegu - Stüdlhütte
(2800 m).
Resztę dnia spędziliśmy na
odsypianiu, pichceniu i robieniu fotek. Warunki w schronisku okazały się
zaskakująco luksusowe: w sali o wdzięcznej nazwie „Lager 1” pomieściło się 16
uczestników, na kojach leżały materace, koce i poduszeczki. W umywalni była
ciepła woda, a w knajpie zimne piwo, więc nawet najbardziej rozpasane
zachcianki można było spełnić. W Stüdlhütte
ruch był nawet spory, głównie z powodu narciarzy ski-tourowców, którzy na
okolicznych lodowcach wciąż mieli znakomite warunki do hasania.
Ponieważ ze zrozumiałych
względów ludność udała się wcześnie na spoczynek, następnego dnia zerwała się
po części przed szóstą rano – ku niezadowoleniu głośno protestującego przez sen
Prezesa. Dzwoniące gary nie dały spać także pozostałym, stąd przed ósmą wszyscy
byli gotowi do drogi. Jak dotąd grupa, choć spora, okazała się sprawna i
zdyscyplinowana.
Pierwotnie naszym celem na
drugi dzień wspinania było podejście do Erzherzog-Johann-Hütte (3450 m). Pogoda była jednak jak marzenie, stąd
coraz śmielej Chief Boguś lansował pomysł, by jeszcze tego samego dnia
zaatakować szczyt (3798 m) - przynajmniej częścią składu. Na razie wszystko
szło dobrze, na wysokości około 3000 m, przed wejściem na lodowiec Ködnitz Kees
założyliśmy pełne uzbrojenie – uprzęże i raki, a kijki zamieniliśmy na czekany.
Tu też nastąpił podział na zespoły, które odtąd wspinały się cały czas spięte
liną. Ja wraz trójką kolegów dostałem się pod komendę Jaro Botora – co potem
uznałem za los wygrany na loterii.
Po krótkim przeszkoleniu,
jak należy się zachowywać w zespole, co robić z liną , jak trzymać i wbijać
czekan, ruszyliśmy w górę lodowcem. Wprawdzie był on pokryty śniegiem, po
którym wciąż jeszcze śmigali nieliczni narciarze i snowboardziści, ale z opisu
trasy wiem, że miejsce to jest pełne niebezpiecznych szczelin. Teraz w maju nie
było z nimi na szczęście kłopotów, bo nad mniejszymi śnieg trzymał się mocno, a
jedna czy dwie największe były widoczne z daleka.
Wkrótce przyszedł czas na
pierwsze wejście w skały i zaczęły się pierwsze korki. Na początku niektórzy
mieli drobne kłopoty ze sprawnym przepinaniem się – ale dzięki cierpliwości
prowadzących zespoły stopniowo nabierały wprawy. Droga nie wykazuje istotnych
trudności technicznych i ma sporo stałych ubezpieczeń (stalowe liny poręczowe,
klamry etc.), ale duża część szlaku prowadzi granią w całkiem sympatycznej
ekspozycji. Mnie osobiście jednak bardziej dało się we znaki wcześniejsze
podejście w śniegu, gdzie kilka razy solidnie się zdyszałem.
Do Erzherzog-Johann-Hütte dotarliśmy dość sprawnie,
ale część ludzi była już wyraźnie zmęczona. Schronisko, a właściwie o tej porze
roku zimowy schron, znajduje się na niewielkiej platformie o jakże adekwatnej
nazwie Adlersruhe - co można przetłumaczyć jako miejsce odpoczynku orła.
Wprawdzie trzeba by dużo dobrej woli, by nas uznać za orły, ale trochę
odpoczynku było potrzebne. Boguś zarządził, że kto się czuje na siłach, lepiej
niech idzie dziś, bo nie wiadomo jak będzie z pogodą dnia następnego. Krótko
mówiąc, nie mazgaić się i do roboty.
Żeby zdążyć wrócić przed nocą,
należało wyjść najpóźniej między 14 a 15. Stwierdziwszy, że „chyba pójdę”
wziąłem się za topienie śniegu i gotowanie picia, co na wysokości 3450 metrów
szło już nieco opornie. Potem jeszcze przyszedł czas na krótkie oględziny
lokalu. By wejść (a właściwie zeskoczyć) do schronu trzeba było przemknąć pod
lejąca się z dachu wodą, wewnątrz śnieg na podłodze i egipskie ciemności (na
pewno lepsze by były egipskie temperatury). A spanie – cóż, nawet nasza grupa
miałaby kłopoty z pomieszczeniem się na gotowych miejscach do spania, a kręciło
się też parę innych osób.
Logistykę noclegową trzeba
było jednak odłożyć na później, w końcu nie przyszliśmy tu spać, ale zdobywać
najwyższą górę Austrii. Nasz zespół, pod niezmiennie sprawnym kierownictwem
Jarka, wyszedł (od razu związany liną) jako trzeci i ostatni, ale jego skład
skurczył się do sztuk trzech (Jan poszedł z inną grupą, a Jurek odłożył wyjście
na dzień następny) – czyli szefa, Mirka i mnie. Z początku szliśmy po śniegu
prawie płaskim, ale potem zaczęło się dość strome podejście polami firnowymi
Glocknerleitl, o nachyleniu dochodzącym do 35 stopni. Znów się porządnie
zasapałem, ale okazało się, ze wcale nie idziemy tak źle, bo przed wejściem na
grań dogoniliśmy poprzedników, którzy wyszli sporo wcześniej.
Teraz zaczęła się kolejna
wspinaczka, aczkolwiek technicznie niezbyt trudna. Nadal większość skał przykrywał
tu śnieg, a zdobywanie wysokości ułatwiały stałe ubezpieczenia. Tempo jednak
spadło, gdyż zaczął się robić lekki tłok. Tylko z naszej grupy działały trzy
zespoły, ze szczytu schodziły dwa czy trzy następne. Droga jest tylko jedna,
mijanki niezbyt liczne, więc niekiedy trzeba było czekać. Czas się jednak nie
marnował, bowiem widoki były bajeczne (czy pisałem, że pogoda była super?).
Nic, tylko podziwiać i fotografować. Od czasu do czasu można się też było
pokrzepić. Niestety, flaszka z pracowicie przygotowanym piciem wyśliznęła mi
się z rękawiczki i poooooszła. Dobrze, że nie był to aparat...
Od słowa do słowa, i
znaleźliśmy się na wierzchołku Kleinglockner (3770 m), gdzie Mirek stanowczo
zaprotestował ujrzawszy Glocknerschartl – wąską i nadzwyczaj eksponowaną
przełączkę pomiędzy Glocknerem małym i dużym. Kawałek dalej było widać jak na
dłoni ostatni odcinek drogi i wznoszący się na szczycie Grossglocknera krzyż.
Najpierw trzeba było nieco zejść (dość stromo), potem pokonać przełączkę i
wspiąć się ostatnie kilkadziesiąt metrów. Początkowo stromo w skale (to chyba
tu te trudności na II), potem końcówkę zaśnieżona granią.
Tak czy inaczej, na razie
trzeba było znów chwilę poczekać. Nasz pierwszy zespół już był na szczycie,
drugi prawie. Natomiast za nami szedł facet w średnim wieku z chłopakiem
liczącym sobie na oko jakieś 10 wiosen. Przykład zadziałał na nas mobiluzująco,
toteż wkrótce na ostatnim odcinku grani Grossglocknera mijaliśmy zespół Bogusia
schodzący ze szczytu i wymienialiśmy się wrażeniami.
Kilka głębokich oddechów,
i oto jesteśmy na samej górze. Nie możemy jednak tańczyć ze szczęścia, bo
miejsca mało - a poza tym Jarek poprzypinał nas na „smyczy” do wyciągów
podtrzymujących krzyż. Zresztą za długo nie możemy tu być, bo trzeba
przynajmniej zejść z grani, zanim zrobi się ciemno – a jest już blisko 19. Musi
jednak starczyć czasu na zrobienie zdjęć, zjedzenie prince-polo i toast
herbatą. Jest co fotografować, a widok tym śliczniejszy, że dookoła nie ma
żadnego wyższego miejsca. Na wschodzie rozpoznaję charakterystyczny Hoher
Sonnblick (3105), na którym byłem w zeszłym roku, w oddali, bardziej na
południe, widać Alpy Julijskie, a Jaro twierdzi, że nawet Dolomity. Po prostu
morze gór, po sam horyzont...
Tego dnia stanął na
szczycie komplet atakujących, w sile jednej baby i ośmiu chłopa – oraz
oczywiście wszyscy prowadzący. Nasz zespół zamykał stawkę PKA, po nas wspinał
się jeszcze wspomniany Austriak z chłopczykiem. Cóż, czas było schodzić, bo
słonko już coraz słabiej świeciło. Na szczęście bez większych kłopotów udało
nam się dotrzeć do lodowca jeszcze za jasności, choć słońce połyskiwało już
jedynie na najwyższych szczytach. Za to śnieg okazał się już nieco przymrożony
i znacznie mniej się zapadaliśmy. Stąd Jaro zarządził zejście „na skuśkę”,
czyli najkrótszą drogą w dół. Po drodze zresztą wciąż jeszcze filmował (czekamy
na premierę!).
Do schroniska dotarliśmy o
szarej godzinie. Po drodze obeszło się bez czołówek, ale teraz już trzeba je
było wyciągnąć. Pierwsze trzy rzeczy, które chciałem jak najszybciej zrobić to
pić, pić i pić. Jako jeden z nielicznych podjąłem się gotowania na dworze,
towarzyszył mi Artur, z którym wymienialiśmy na gorąco wrażenia z wejścia. Ci,
co mieli iść jutro, poszli spać, bo pobudkę zaplanowano na czwartą.
W końcu i ja poszedłem
szykować się do spania. Ponieważ na czterech miejscach mieliśmy spać w sztuk
siedem (doszło jeszcze dwóch Słowaków, którzy nie mieli śpiworów), postanowiłem
przebrać się w korytarzyku. Stojąc w samych majtasach i resztkach kapci na
zaśnieżonej podłodze wzbudziłem podziw nawet u goprowców. Po wczołganiu się do
śpiwora rozgrzałem się jednak dość szybko, w czym dopomógł wielokrotnie
sprawdzony islandzki polar. Sen jednak nie nadchodził – zapewne dał znać wpływ
wysokości. W zaśnięciu nie pomagał też koncert chrapania w wykonaniu
reprezentacji Słowacji.
Rano się okazało, że
jednak zasnąłem i obudziłem się w miarę dobrej formie – jeśli nie liczyć
zakwasów w udach i łydkach. Inni mieli za to czerwone gęby, a Jan, sąsiad z
pryczy, to nawet czerwone oczy. Grupa szturmowa już wyszła (z pozostałej piątki
uczestników trzech ostatecznie weszło na szczyt), więc można było niespiesznie
zając się śniadaniem i przygotowaniami do zejścia. Zespół w nieznacznie
zmodyfikowanym składzie (Jurek poszedł zdobywać, ale dołączyła do nas Asia)
sprawnie zszedł po grani, potem przez lodowiec do Stüdlhütte. Tu
zabraliśmy pozostawione na przechowanie nadwyżki bagażu (głównie żarcia) i po
krótkim odpoczynku udaliśmy się indywidualnie w dół. Wszystko byłoby super,
gdyby nie to, że pogoda zdechła – najpierw zaczął sypać śniego-grad, potem
(niżej) rozpadało się solidnie. Zejście okazało się przez to nieco
nieprzyjemne, ale Wiktor i ja wprowadziliśmy element rozrywkowy w postaci tzw.
dupozjazdu.
A na dole? Cóż, schronisko
Lucknerhaus to ostoja cywilizacji - łazienka, prysznic, piwo, kobiety i śpiew.
No, tak po prawdzie to śpiewu nie było (za mało piwa?). Zanim grupa się
skompletowała, zdążyliśmy się przebrać, osuszyć, najeść i nabrać sił przed
drogą. Okazało się to zresztą przydatne, bo powrót autami przez trzy kraje
trwał dość długo. Za to kierowca za drobna opłatą zawiózł nas do samego
Wrocławia (łącznie cztery sztuki stąd pochodziły). Suszenie i pranie rzeczy
zajęło mi kilka dni, ale to pikuś. Tak udany wyjazd wart był nawet prania przez
dwa tygodnie...;-)