TURYSTYKA GÓRSKA - WSPINACZKA - JASKINIE - SCHRONISKA - CZAT
Jest godzina 1.00, wyjeżdżamy z naszego pięknego miasta Sosnowca. Kierujemy się do Katowic, tam kupujemy bilety do Przemyśla. Ostatni przegląd dokumentów i waluty.
O 2.01 ruszamy pociągiem pośpiesznym, podróż znośna jak na polskie warunki. O 7.17 jesteśmy w Przemyślu, z pociągu wysiada kilka grupek z plecakami. Starsza kobieta z lwowskim akcentem proponuje nam przejazd do Lwowa autobusem o 8.30 za 15 zł.
Na wstępie odmawiamy, idziemy na dworzec autobusowy naszym oczom ukazuje się autobus do Suczawy (Rumunia) jadący przez Iwano-Frankovsk i Kołomyję. Szybko jednak rezygnujemy bilet do Kołomyi kosztuje 70 zł. Kręcimy się w pobliżu dworca szukając kantoru, ponownie spotykamy starsza panią z lwowskim akcentem. Tym razem nie odmawiamy i idziemy w kierunku miejsca postoju autobusu ( miejsce to znajduje się w pobliżu supermarketu Mini-Mal tuż nad rzeką San na ulicy Wilsona). Naszym oczom ukazał się ukraiński Ikarus, stan techniczny, pozostawia do dużo myślenia. W kasie biletowej kupujemy bilet (Przemyśl - Lwów 15zł). Jednak to nie wszystko okazuje się, że ponownie przy przekroczeniu granicy tzw. ubezpieczenia nie można płacić w dolarach trzeba mieć jednak hrywny. Kolega idzie szukać kantoru gdzie można kupić walutę ukraińska . Po chwili skład autobusu jest już w komplecie, praktycznie sami Polscy turyści. Nikt z pasażerów nie jedzie w Karpaty, wszyscy jadą na Krym. Podróż do Lwowa ma trwać 3 godziny, mimo, że jest to tylko 90 km. Dojeżdżamy do Medyki, polska kontrola graniczna przebiega dość sprawnie. Jednak po stronie ukraińskiej czekamy około 1 godziny. Kierowca autobusu każe nam przygotować po 10 hrywien i zbiera paszporty. Nie wypełniamy deklaracji celnych, nie dostajemy pieczątki o zapłaceniu obowiązkowego ubezpieczenia. Łapówka w wysokości 10 hrywien pozwala nam przekroczyć granicę. Wreszcie jesteśmy na Ukrainie, pierwszy rzut oka na ukraińskie krajobrazy, przestawiamy zegarki o 1 godzinę w stosunku do czasu warszawskiego. Około godziny 12.00 dojeżdżamy do Lwowa. Pierwsze co się rzuca w oczy, to ruch uliczny, kierowcy jeżdżą bardzo agresywnie :). Jesteśmy nareszcie koło dworca kolejowego, mnóstwo ludzi, samochodów olbrzymi ruch.
Kierowcy taksówek oferują się, że dowiozą nas gdzie chcemy. Jednak ceny, które proponują w walucie USA bezzwłocznie nas odrzucają. Idziemy na dworzec zobaczyć, o której godzinie mamy pociąg do Kołomyi. Po dokładnym przestudiowaniu rozkładu pierwszy pociąg mamy o 14.40. Idziemy wymienić walutę, w Lwowie mnóstwo kantorów, jednak żadnej konkurencji. Ceny we wszystkich kantorach takie same 5,25 hrywny za 1 USD. Mamy mało czasu, wiec szybko idziemy na miasto cos zjeść. Znajdujemy bar, podają nam cos przypominające frytki, nazywa się to "kartofane fri", pijemy lwowskie piwo i wracamy na dworzec.
Mamy jednak za mało czasu żeby kupić bilet, następny pociąg 21.50. Tym razem kupujemy bilety wcześniej. Chcemy kupić bilet do przedziału, który będziemy mogli zamknąć "kupiennyj". Niestety brak już takowych biletów, kupujemy "obszczii" - zwykłe bilety Lwów- Kołomyja (15 hrywien).
Zostawiamy bagaże w przechowalni, idziemy zwiedzać Lwów, mamy na to około 6 godzin. Miasto bardzo brudne i zaniedbane. Podczas zwiedzania spotykamy kilka ciekawostek automaty do napojów oraz kwas chlebowy. Wracamy na dworzec, szukamy naszego pociągu.
Wsiadamy do wagonu, który spokojnie pamięta jeszcze czasy Józefa Stalina. Zajmujemy nasze miejsca, które wskazuje nam konduktor (na każdy wagon jest przydzielony konduktor). Mamy miejsca leżące (bo innych w pociągach dalekobieżnych nie ma!!!), możemy również dostać pościel z której w ostateczności rezygnujemy. Konduktor informuje nas, że w Kołomyi będziemy o 6.30. Jest to nam na rękę, możemy spokojnie przespać całą noc. Dla rozluźnienia atmosfery podróży wyciągamy zakupioną na dworcu "horiłkę" (wódkę) za 6 hrywien (5,8 zł). Po chwili naszej biesiady dosiada się Ukrainiec Grigorij bardzo sympatyczny człowiek. Po kilku głębszych zostaje naszym przyjacielem. Rozmawiamy z nim na różne tematy, przychodzi nam to łatwo. Nie wiemy czy to alkohol pomaga nam w porozumiewaniu się, czy może nie jest to takie trudne. Biesiada jednak szybko się kończy, żona Grigorija zabiera go na swoje miejsce. Układamy się wiec szybko do snu aby trochę wypocząć. W nocy budzi nas huk uderzenia, nasz ukraiński kompan od "horiłki" spada z górnej półki gdzie spał :). Jednak później nic już nie zakłóca naszego snu. Około 6.00 budzi nas konduktor informując że za pół godziny wysiadamy.
04.08.2001 sobota
Tak wiec po nocnych przygodach w pociągu wysiadamy w Kołomyi. W 9 godzin przejechaliśmy tylko 150 km ! Na dworcu wita nas z megafonów jakaś rewolucyjna pieśń. Myślimy sobie komunizm nie umarł. :) Sprawdzamy pociąg do Jasjeni, jest za około 50 min. Kupujemy bilety Kołomyja - Jasjenia (3,25 hrywny). Idziemy do baru dworcowego napić się ciepłej herbaty. Spotykamy tam Ukraińców polskiego pochodzenia Władysława i Walerego. mówią dobrze po polsku, też jadą na Czarnohorę. W barze w porannych godzinach tylko nieliczne osoby dokonują zakupu czegoś do zjedzenia czy herbaty. Większość klientów stanowią osoby kupujące horiłkę !!! Nie ma jak 200 ml horiłki o 7 rano... Co kraj to obyczaj...
Wreszcie podjeżdża pociąg, naszym oczom ukazuje skład w kolorze czerwonym pamiętający początki komunizmu na Ukrainie. Na stacji mnóstwo ludzi, trudno wsiąść. W pociągu prawdziwy folklor, jedzie wszystko worki z ziemniakami, kury, kaczki słychać nawet kwiczenie prosiaka, bardzo wesoło. Po pociągu krążą sprzedawcy u których można kupić dosłownie wszystko od jedzenia przez ubrania po "horiłkę". Jeszcze jedno co rzuca się w oczy w pociągu to toaleta, trzeba to zobaczyć polecam.
Po 4 godzinach podróży osiągamy Jasjenie, wysiadamy z naszymi znajomymi Władysławem i Walerym. Chcą żeby iść z nimi w góry, my jednak odczuwamy straszne zmęczenie po prawie 24 godzinnej podróży. Rozstajemy się z nimi i idziemy do sklepu poczynić zakupy: - chleb, papierosy, "horiłka".:) Po dobrej chwili odprężenia i posiłku ruszamy w góry. Tuż za stacją w Jasjeni prostopadle do torów idziemy w górę. Przy szczycie wzniesienia skręcamy na prawo znajduje się tu pomnik upamiętniający jakieś wydarzenie z czasów II wojny światowej (818 m n.p.m.). Później idziemy cały czas polną drogą (1 - 1,5 godz.), mijamy kilka zagród po czym dochodzimy do lasu. Droga biegnie teraz cały czas lasem wzdłuż wyschniętego potoku. W trakcie przejścia lasem kolega zauważa niedźwiedzia przechodzącego przez drogę.
Na chwile przystajemy, po czym cicho przechodzimy dalej. Dochodzimy do pierwszej małej polany, za którą droga a właściwie już ścieżka staje się bardziej stroma i kamienista. Po około 1 godzinie gdzieniegdzie widując śladu mające być znakami informującymi że znajdujemy się na szlaku, docieramy na dużą hale (Stana). Znajduje się tu kilka bacówek, można kupić ser i mleko. Koło potoku znajduje się bardzo dobre miejsce na biwak. Zostajemy tu na noc. Mamy towarzystwo nieopodal nas ma rozbite namioty ekipa z Dolnego Śląska.
05.08.2001 niedziela
Rano budzi nas mocne słońce oraz przeganiane krowy przez pasterzy na wyżej położone pastwiska. Jest godzina 9.30 trochę się nam przyspało. No ale przecież dzień długi, damy sobie radę, a poza tym należał nam się chyba wypoczynek po podróży która jednak nas trochę wykończyła. Po śniadaniu ruszamy w górę przez las. Idziemy Łopuszańskim Płajem.. Spotykamy pierwszych ukraińskich turystów. Idziemy cały czas wzdłuż, szlaku którym są przeganiane krowy. Po drodze spotykamy krowy-turystki spacerujące po lesie. Idziemy cały czas krowim szlakiem. Chcemy osiągnąć pierwszy szczyt Pietrosul (1855 m n.p.m). Przeciskamy się przez gęsty las, idziemy z kompasem i mapą pamiętającą dawną Rzeczpospolitą. Po około 3 godzinach marszu osiągamy pierwsze połoniny. Kierujemy się na szczyt Pietrosolu, pod szczytem robimy odpoczynek. Kilka fotografii ostatni łyk wody i ruszamy na widocznego już od dłuższej chwili dwutysięcznika Pietrosa (2020 m n.p.m.). Po około godzinie osiągamy szczyt, po drodze spotykamy odpoczywającą ekipę z Dolnego Śląska. Ze szczytu piękny widok na Howerlę i pozostałe pasma Karpat Wschodnich. Widoczność jednak trochę ograniczona wszystko jest lekko przymglone. Po chwili kontemplacji na szczycie Pietrosa ruszamy w dół. Musimy zejść do przełęczy, z daleka już widać kilka rozbitych namiotów. Schodzimy w końcu do przełęczy, znajdujemy miejsce na biwak. Jemy kolacje i szybko kładziemy się spać. Ciemne niebo i błyski nie dobrze zwiastują. W nocy przechodzi niewielka burza kilka grzmotów i trochę wody w namiocie.
06.08.2001 poniedziałek
Budzimy się znowu później niż planowaliśmy jest godzina 10.00. Pogoda chyba nam nie sprzyja, jest mgła widoczność ograniczona do około 30 metrów. Nie tracimy jednak nadziei jemy posiłek, do którego dołącza się pies pasterski. Ruszamy dalej znajdujemy drogę w kierunku Howerli. Po kilkunastu minutach marszu okazuje się, że mgła snuje się tylko w dolinie. Idziemy dalej podziwiając widoki. Po drodze spotykamy pasterzy, ze stadem owiec chcą cygarety. Niestety mamy ten sam problem nie mamy papierosów. Ciągniemy dalej w górę, spotykamy ukraińskich turystów. Udaje się nam dokonać wymiany paczka papierosów za 5 notesików i pudełko na herbatę (pamiątka Marcina z Pragi). Dochodzi w końcu do rozwidlenia dróg, pojawia się pierwsza tablica informująca, że jesteśmy w parku narodowym. Na Howerle zostało jeszcze 1 godzinę marszu, powoli zbliżamy się do szczytu. W końcu zdobywamy najwyższy szczyt Ukrainy (2058 m n.p.m.). Nie jesteśmy sami dość dużo osób w tym wielu Polaków. Robimy ciepły posiłek, kilka fotografii i ruszamy dalej. Idziemy cały czas głównym grzbietem przed nami do zdobycia jeszcze kilka szczytów. Pogoda nam nadal dopisuje świeci słońce i nie jest gorąco. Mijamy Breskuł (1911 m n.p.pm.), Pożyżewską (1822 m n.p.m.) w końcu wychodzimy na Turkuł (1932 m n.p.m.). Schodząc z niego zanurzamy się w coraz bardziej w nadchodzącej mgle, nie widząc momentami szlaku. Powoli zbliżamy się w rejon Jeziorka Niesamowitego. Niestety mgła przysłania wszystko, słyszymy tylko głosy osób biwakujących w tym rejonie. Powoli idziemy w dół, po chwili osiągamy jeziorko. Z wcześniejszych informacji wiemy, że biwakowanie jest tu zabronione nie mamy jednak sił dalej iść. Rozbijamy namioty i szybko staramy się zrobić posiłek. Niestety nasza benzynowa maszynka Coleman szwankuje. Była to nasza jedyna szansa na posiłek, gdyż chleb skończył się już wczoraj. Po kilku jednak próbach udaje nam się opanować sytuacje, możemy gotować. Po obfitym posiłku (makaron + sos neapoli- pycha) kładziemy się szybko spać. Jutro musimy wcześnie wstać tak żeby zdążyć przed ewentualną kontrolą.
07.08.2001 wtorek
Wstajemy około godziny 7.00, wita nas słoneczny dzień po mgle nie ma już śladu. Okazuje się że miejsce w którym nocowaliśmy jest przepiękne!!!. Szybko jemy posiłek i składamy namioty. Ruszamy w górę, po chwili idziemy już grzbietem w kierunku Popa Iwana. Jeszcze ostatnie spojrzenie na Jeziorko Niesamowite, w dole widzimy człowieka z psem w wojskowym mundurze. Wydaje nam się, że to strażnik i z satysfakcją ruszamy w dalszą drogę. Przechodzimy koło Rebry (2001 m n.p.m.), spotykając pod Gutin Tomnatkiem (2016 m n.p.m.) piękne stado koni liczące około 20 osobników bieggające po połoninie...
Spotykamy młodego pasterza chcącego papierosy, niestety my znowu ich nie posiadamy. Chcemy aby pasterz zrobił nam zdjęcie ale gość wręcz chce uciec tłumacząc się że on nie wie jak się to robi. Rzeczywiście chyba nie wiedział bo zdjęcie nie wyszło....
Omijamy z boku Gutin Tomnatek, będąc w rejonie Brebenieskula, widzimy kolejne niewielkie polodowcowe jeziorko w południowym zboczu Gutin Tomnatka. To chyba jest naprawdę lepsze miejsce na obóz niż rejon Jeziora Niesamowitego. Po chwili ukazuje się w oddali szczyt Popa Iwana z charakterystycznym budynkiem obserwatorium. Zostało nam do szczytu jeszcze 5 godzin marszu. Pogoda nam dopisuje, widoczność jest znacznie lepsza niż w poprzednie dni. Jesteśmy coraz bliżej Popa Iwana po drodze spotykamy kilka polskich grup, krótka wymiana zdań na temat warunków na szlaku. Mijamy Munczela (1999 m n.p.m.), przechodzimy Połoninę Baloatul i w końcu dochodzimy do szczyt Popa Iwana (2022 m n.p.m.) i odpoczywamy w cieniu obserwatorium. Jesteśmy u kresu naszej wyprawy. Czarnohora zdobyta !!! Spotykamy tu grupę Ukraińców polskiego pochodzenia. Rozmawiamy chwile o warunkach życia na Ukrainie i w Polsce. Zostawiają nam swój adres do dalsze korespondencji. Robimy ostatni posiłek w górach oraz kilka fotografii. Musimy jeszcze przed zmrokiem zejść do doliny. Ruszamy w dół przez gołoborze, w kierunku Waskula, szlak początkowo trudny, później przechodzi w łagodną ścieżkę przez kosówkę. Za Waskulem docieramy w końcu do pierwszej bacówki chcemy kupić ser i mleko. Niestety pasterze nie chcą nam sprzedać. Problem tkwi w tym, że oni nie są właścicielami owiec i krów. Z trudem godzimy się z myślą, że nie napijemy się świeżego mleka. Dowiadujemy się, że do najbliższej wsi Lahy pozostało jeszcze 40 km. Jesteśmy trochę przerażeni, ale bierzemy poprawkę na błędne pojmowanie kilometra przez pasterzy. Ruszamy dalej, idziemy błotnistym korytem wysychającego potoku. Po około 2,5 godzinach marszu docieramy do potoku. Wreszcie woda, na Popie Iwanie i w pobliżu barak jakiegokolwiek ujęcia wody. Po chwili marszu wzdłuż potoku docieramy do drogi i pierwszego domostwa. Udaje się nam tu kupić mleko od chłopca, który chce w zamian cukierki i pieniądze. Tego pierwszego już od dawna nie posiadamy, za to drugiego mamy jeszcze pod dostatkiem po chwili negocjacji mamy 2 litry mleka za 4 hriwny. Do wsi Lahy pozostało jeszcze 14 km idziemy jeszcze szybko mając nadzieję na dotarcie do wsi. Jednak powoli słabniemy i zaczynamy szukać miejsca na biwak. Jesteśmy w strefie przygranicznej z Rumunią obawiamy się straży granicznej. Nie mamy jednak wyjścia rozbijamy namioty przy drodze, dolina jest na tyle wąska, że nie można znaleźć innego miejsca. Robimy ciepły posiłek i kładziemy się spać. Zmęczenie dało nam dziś w kość. W nocy nie można jednak spokojnie zasnąć, szum wody i nasłuchiwanie czy ktoś nie nadjeżdża. Ale nie wszyscy mieli takie problemy, niektórzy spali jak zabici....
08.08.2001 środa
Rano robimy skromny posiłek z kiślu z dużą ilością cukru i ruszamy do wsi. W głowie mamy tylko jedno, coś zjeść. Zaczyna być bardzo gorąco, pojawiają się pierwsze domostwa. Sklepu jednak nie widać, idziemy wciąż przez wieś. W końcu upragniony sklep, kupujemy produkty pierwszej potrzeby. Jest problem z chlebem w końcu pani sprzedaje nam z pod lady bochenek świeżego ciemnego chleba. Po posileniu się przepakowujemy plecaki, myjemy się w pobliżu sklepu i czekamy na jakiś pojazd w kierunku Rachowa. Po około 1 godzinie zatrzymujemy bus "Uaz" i za 5 hrywien od osoby zabiera nas do Rachowa. W busie spotykamy turystów z Węgier, rozmawiamy o górach i Ukrainie.
W końcu jesteśmy w Rachowie. Nie chcemy wracać przez Lwów, szukamy czegoś w kierunku Użohgorodu. Na dworcu kolejowym nic nie ma w tamtym kierunku. Widzimy odjeżdżający autobus do Użohgorodu, zatrzymujemy go i szybko pakujemy się z plecakami. Jesteśmy szczęśliwi, że możemy jechać nie wiemy jeszcze, że czeka nas mordercza podróż.
Kilka pytań do kierowcy i wiem już wszystko będziemy jechać przez około 8 godzin odcinek 200 km. Jedziemy cały czas wzdłuż rzeki Cisy, widzimy szkody poczynione przez zeszłoroczną powódź. Droga w niektórych miejscach prowadzi urwiskami. Autobus jedzie bardzo wolno, zaczyna być bardzo gorąco. Są jednak przerwy 5 minutowe podczas podróży, można kupić coś do jedzenia i picia. Przemieszczamy się cały czas wzdłuż granicy rumuńskiej, możemy podziwiać Karpaty Marmarowskie oraz jedyne widoczne na naszej drodze rumuńskie miasto Syget Marmarowski. W końcu po dużych mękach podróży docieramy do stolicy Prowincji Zakarpatskiej Użohgorodu.
Miasto ma charakter miasta przygranicznego, w sklepach o wiele więcej towarów niż we Lwowie. Robimy ostatnie zakupy i udajemy się na dworzec. Chcemy przekroczyć granicę autobusem o 21.30 mamy kurs do Bratysławy. Szukamy jeszcze jakiegoś kantoru chcemy się pozbyć hrywien. Niestety wszystko już nieczynne. W końcu do granicy jedziemy taksówką za 10 hrywien i postanawiamy przekroczyć granicę pieszo. Na granicy pełno taksówkarzy, którzy chcą nas przewieść do Milalovców za kosmiczne ceny. Szybko jednak zbijają ceny w dół dochodząc do momentu, w którym chcą nas przewieść za darmo. My jednak twardo przechodzimy granicę ukraińska, kontrola mija szybko. Oddychamy z ulgą w końcu nie mieliśmy deklaracji celnych i ubezpieczenia. Teraz jeszcze tylko kontrola słowacka i jesteśmy w cywilizowanych rejonach Europy. Jednak urzędnicy słowaccy okazują się bardziej opieszali i trwa to strasznie długo. W końcu przechodzimy do Słowacji, próbujemy w kantorze wymienić hrywny na korony. Niestety nie jest to możliwe. Wymieniamy więc dolary i uderzamy do pierwszego baru coś zjeść i napić się piwa. W międzyczasie spotykamy Słowaka, który oferuje się kupić część naszych hrywien. Niestety nie mamy się jak wydostać z granicy do najbliższego miasta. Idziemy na pobliskie pole gdzie śpimy na ściernisku do rana.
09.08.2001 czwartek
Wyjeżdżamy z granicy autobusem do Sorbancy. Tam przesiadamy się na autobus do Michalovców. Jesteśmy w końcu w większym mieście. Jemy śniadanie i idziemy na dworzec kolejowy. Chcemy wracać do Polski przez całą Słowację. Jednak cena biletu wydaje się nam za wysoka i postanawiamy dotrzeć tylko do granicy Polskiej w Łupkowie. Płacimy tylko 70 korona za bilet. Dojeżdżamy w końcu do Polski robimy ostatni obóz w Komańczy. Rozbijamy się na polu tuż przy kościele pole bardzo tanie tylko 5 zł od osoby. Wreszcie można się umyć w ciepłej wodzie i zjeść coś ludzkiego. Wieczorem jeszcze na piwko, wspominamy Ukrainę i oglądamy polską rzeczywistość pod knajpom. Tego dnia szybko zasypiamy, rano musimy wracać już do domu.
10.08.2001 piątek
Szybka pobudka pakujemy wszystkie graty i idziemy na dworzec. Dojeżdżamy pociągiem do Zagórza. Mamy chwilę przerwy w oczekiwaniu na następny pociąg do Katowic. Jemy śniadanie i szybko wsiadamy do podstawianego pociągu. Po około 8 godzinach jesteśmy w domu. Koniec.
Członkami wyprawy Czarnohora 2001 byli:
Tomasz Doniecki 'Tea' - korekta i uzupełnienia tekstu, hybryd@poczta.onet.pl
Marcin Lewandowski 'Lewy' v 'Naparstek', levmar@poczta.onet.pl
Tomasz Filipiak 'Filip' - autor tego tekstu, eskimos@poczta.fm
Kilka przydatnych uwag dla podróżujących Polaków po Ukrainie: