Poranek wstaje ładny. Skoro świt (o 9:00) ruszam w dalszą drogę. Wszedłem jeszcze raz na Jaworznę, ale nic z tego - chmury znowu zasłaniaja Tatry. Szkoda. Ale nie zrażony ruszam dalej. Po kilkunastu minutach marszu atakują mnie muchy. Jest ich tysiące i towarzyszą mi przez kolejnych kilka godzin. Gdy już się do nich trochę przyzwyczajam, słyszę zupełnie nowy dźwięk. "Co jest, do jasnej Anielki?" - myślę - "O co chodzi?". Po chwili jednak już wiem. Piły. Drwale. Pościnane drzewa. Od razu przypomina mi się drzewna polityka Słowaków: Ciąć, ciąć, ale tylko w Parku Narodowym. No, ale Beskid Sądecki parkiem narodowym nie jest. Ale i tak odgłoś pił nie jest przyjemny dla mojego ucha. Tym bardziej, że sychać go prawie aż do Rytra. Robi się naprawdę gorąco. W tym skwarze i duchocie dochodzę do schroniska na Hali Łabowskiej (1061 m n.p.m.). Gdyby nie wycieczka jakiś dzieci, byłoby naprawdę sypatycznie. No i to jest schronisko. Prąd z agregata i tylko po 22:00, no i duzo taniej. Pokoje 2-, 3-, 4-osobowe kosztują 15,50 zł, wieloosobowy - 13,50. Dostawka (gdy brakuje miejsc) kosztuje 8 złotych. Można też rozbić namiot. Za osobę płaci się 2 zł, a za namiot 3 zł. Komplet pościeli 5 zł (opłata jednorazowa). Dobra też wiadomość dla dumnych posiadaczy dzieci: za dziecko do 3 lat nie płaci się wcale, a za większe (3-7 lat) 50% ceny. No i nie sposób nie wspomnieć w tym miejscu o jagoadach, które są tu po prostu wyśmienite.
Posilony i napojony (cena wody jest o ponad złotówkę niższa niż na Jaworzynie Krynickiej) ruszam dalej. Dzisiaj muszę dojść do Rytra. Szlak robi się bardziej widokowy - Hala Krajnina i Pisana Hala witają "widokami nieziemskimi na świat". No i w dali ukazują się majestatyczne Tatry.
Powoli (oczywiście jest to pojęcie względne) idę w kierunku Ryrta. Po drodze mijam Cyrlę i barek. Ale już niedługo w miejscu barku ma stanąć nowe schronisko. W Cyrli odbijam ze szlaku i idę do Makowicy. Czuję się, jakbym cofnął się o 100 lat. Drewniane chatki, drzwi zamykane na sobel. Tylko jeden murowany dom i żadnego samochodu. Pięknie - myślę, ale nie mógłbym tak żyć. Tu ze szlaku gminnego (prowadzącego do punktu widokowego)schodzę na drogę. Zresztą droga to za dużo powiedziane. Początkowo utwardzona droga prowadząca przez piękne bukowe lasy zamienia się w błoto. I znowu słysze dziwny dźwięk jakiegoś potwora. Tym potworem okazuje się... Własnie nie wiem jak to nazwać. Stalowy kolos na gąsiennicach, produkcji zapewne byłego ZSRR i chyba równy jemu wiekiem. A przed machiną dwóch robotników popijających piwo. Poczułem się nieco niepewnie, ale nic nie powiedzieli. Tylko dziwnie na mnie patrzyli.
(Tu należy się małe wyjaśnienie. Robotnicy nie przyjechali w to miejsce tylko w celu wypicia tego szlachetnego trunku. Wyglądało na to, że całkiem niedawno na drogę osunęło się zbocze i ich zadaniem była naprawa drogi. Ale pracowało się bardzo ciężko...)
Powiem szczerze, że jak doszedłem do Rytra byłem chyba najszczęśliwszym człowiekeim na świecie. Od lutego nie byłem w górach i wędrówka dała mi się nieźle we znaki.
W nocy zrywa się burza. Całe szczęście, że zrezygnowałem z namiotu i śpię pod dachem. Po ośmiu czy dziewięciu godzinach czuję nogi, ale nie tylko. Zawiódł mnie mój plecak. Przeszedłem z nim już naprawdę sporo kilometrów, ale powinienem już sprawić sobie nowy. Na barkach mam krwiaka. Teraz robią lepsze plecaki niż kiedyś...
Rano już pełen sił ruszam dalej. Postanowiłem zejść z głównego, czerwonego szlaku i pójść niebieskim na Prehybę (Przechybę). Znowu nikogo nie ma na szlaku, spotykam tylko zbieraczy czegoś nieokreślonego. Po drodze mijam miejsce, gdzie piorun zabił przewodniczkę beskidzką i jej małe dziecko. Miejsce tragedii upamiętnia tabliczka, a w głowie pojawiają się niemiłe myśli. Do schroniska docieram po trzech godzinach. I pojawia się przede mną dylemat: co dalej? W sobotę mamy klubowe spotkanie w Bukowinie a jest dopiero środa. Wspaniała pogoda (ciepło i słonecznie, ale nie brakuje lekkiego wiaterku) zaprasza do dalszej wędrówki. Jednak te widoki na Tatry... Aż nie chce się ruszać. Postanawiam zostać tu do następnego dnia. I tak mam przecież dużo czasu. Fantastyczny zachód Słońca, śliczna pogoda i schronisko na Prehybie. W jednym budynku nocował jakiś obóz młodzieżowy, a nowym schronisku, odbudowanym po pożarze była chyba jeszcze jedna osoba. Trudno się dziwić - nocleg co najmniej 20 zł! Może i schronisko (a właściwie hotel) ma wysoki standard, ale co z tego, skoro muszę płacić takie ceny. Na pocieszenie zostaje miejsce na rozbicie namiotu - oczywiście też płatne. Nie dziwi więc, że sporo osób wybiera nocleg gdzieś przy szlaku.
Nadszedł ostatni dzień pobytu w Beskidzie. Po niezbyt długim marszu ląduję w Krościenku. Siadam w knajpce przy piwku (jakie tanie, nie to co w Warszawie!) i zastanawiam się, co dalej? Postanowiłem pojechać w Tatry i może przenocować w Murowańcu. Łapię stopa (już myślałem, że się nie uda ta trudna ostatnio sztuka) i dojeżdżam do Nowego Targu. Z tamtąd już się udaje bez problemu i po chwili (dobry kierowca ;-) )ląduję w Zakopanem. Szczerze mówiąc - nie znoszę tego miasta. W sezonie ludzi więcej niż na Marszałkowskiej. Widok dzikich tłumów na tych, no... Kru..., Krupówkach (ufff... kalwiatura jest cierpliwa) skutecznie zniechęcił mnie do wychodzenia w góry. Tam przecież tak samo, a schroniska drogie jak pierun. Swoje kroki skierowałem więc do Domu Turysty, gdzie przeczekałem do soboty rano. Nie nudziłem się, bo trochę "społecznie" popracowałem dla dobra ludzkości. W sobotę wyszedłem po inne Świstaki na Dworzec i przeszliśmy się Wąwozem Kraków. Kolejną atrakcją było Świstakowanie, czyli nasz klubowy zlot. No, ale to zupełnie inna historia...
Konrad