Nie miałem złudzeń, na nią nie wejdziemy. Świadomość, że jest jednym z
najtrudniejszych austriackich trzytysięczników, a przede wszystkim brak
odpowiedniego sprzętu nie pozwalał snuć planów na jej zdobycie. A Królowa
Taurów czyli Hochalmspitze (3360) towarzyszyła nam przez cały czas pobytu w
masywie Ankogel należącym do najwyższego pasma w Austrii Wysokich Taurów.
Będąc na innych szczytach zawsze nasz wzrok nieświadomie kierował się na
nią, bo była najpiękniejsza, bo była najwyższa. Jak każda kobieta zdawała
się niedostępna, broniona przez lodowce i pionowe ściany. Chcieliśmy chociaż
dostać się w jej pobliże, aby z bliska ją poczuć ...
Ostatniego dnia zdecydowaliśmy się spróbować wejść na Säuleck (3065) szczyt kończący południowo-zachodnią grań Hochalmspitze. Piszę "spróbować", bowiem z miejsca startu na szczyt było 1500 m przewyższenia i kawał drogi w poziomie. Wg przewodnika na szczyt było 5,5 godz. podchodzenia, a my nie mogliśmy przenocować w schronisku Gießener Hütte, które leży mniej więcej w 1/3 drogi na tę górę. Ale spróbować trzeba było.
Wstaliśmy o świcie, aby jak najszybciej znaleźć się u stóp gór. Musieliśmy dojechać do Ausgleichspeicher Gößkar, gdzie znajdował się początek naszej wędrówki. Wąziutka droga wije się doliną Gößgraben aby na koniec stromymi serpentynami wspiąć się na wysokość 1600 mnpm do małego jeziora zaporowego. Przygody zaczęły się już podczas jazdy, gdy na drodze napotkaliśmy stado krów, a dwie z nich postanowiły sprawdzić wytrzymałość boku naszego samochodu. A o czym myślał koń, który przez minutę stał przed autem i lizał maskę ...?
Jest śliczny poranek, pogoda cudowna, na niebie żadnej chmury, temperatura w
sam raz, a ostrość nieziemska. Na takie warunki w górach czekaliśmy 3
tygodnie, nie można ich zmarnować. Ale widoczny stąd Säuleck jest daleko i
bardzo wysoko. Ale teraz nie ma sensu o tym myśleć. Do schroniska Gießener
Hütte prowadzi wygodna droga i trochę bez sensu rezygnujemy z niej na rzecz
skrótów wiodących stromą, wąziutką percią. Idziemy szybko, pierwsze 600
metrów przewyższenia pokonujemy w 1,5 godz. i o 10.00 jesteśmy już przed
schroniskiem. Ale szybkie tempo ma też wady, jesteśmy zmęczeni i musimy
dłużej odpocząć.
Jesteśmy na wys. 2200, chata leży na skraju wielkiego pletau położonego u
stóp lodowca Trippkees. Nad lodowcem góruje oczywiście Królowa, stąd wydaje
się, że jest już na nią całkiem blisko. Ale to tylko pozory, do szczytu
jeszcze 1100 metrów w pionie i trudny mikstowy Klettersteig (austriacki
odpowiednik via ferrata). Säuleck też jest daleko, chyba nie damy rady.
Przyglądam się tabliczkom z szlakami i ze zdziwieniem czytam:
Schneewinkelspitze 3016 - 2h. Zaraz, zaraz, gdzie to jest, dlaczego tego
wcześniej nie widziałem. Odnajduję niewielki czubek odstający z grani, to
tam jest 2 godziny wejścia? to chyba żart, 800 metrów do góry, sporo do
przodu i jeszcze pola śnieżne pod granią, ktoś chyba tu się myli - 2 godz.
chyba biegiem ...
Decyzja jest szybka - idziemy. Nie ma co patrzeć na te głupoty z czasem,
będziemy szli tyle co trzeba. Szlak nasz nazywa się Schwarzburger Weg
dochodzi do przeł. Winkelscharte i dalej granią na szczyt. I ta ostatnia
część mnie niepokoi, pod przeł. leżą spore pola śnieżne, a na mapie szlak
graniowy zaznaczony jest jako Klettersteig a ja nie mam nawet czekana. Aaa
... pożyjemy, zobaczymy.Ścieżka, trawersuje w poprzek całe pletau wznosząc się nieznacznie do góry.
I tu widzimy na własne oczy skutki ocieplania się klimatu. Lodowce w Alpach
cofają się i cofać będą aż to całkowitego zaniku. Jak dowiedzieliśmy się
później w miejscu tym jeszcze kilkanaście lat temu było czoło lodowca co
widoczne jest po wygładzonej i wypolerowanej powierzchni skał po których
idziemy. Teraz Trippkees znajduje się jakieś 200 metrów nad nami. Co
kilkanaście minut musimy przekraczać nie bez problemów potoki spływające z
topniejącego lodowca. W międzyczasie dochodzi do nas para Austriaków,
zmierzających w tym samym kierunku. Oni też idą na Schneewinkelspitze ale
ostrzegają nas, iż wejście uzależnione jest od stanu śniegu na polach pod
granią. Życzymy sobie powodzenia i znów jesteśmy sami. Powoli i z mozołem
dochodzimy do zachodnich krańców pletau, stąd szlak wiedzie już tylko do
góry. Idziemy już w sumie ponad 3 godz. i podeszliśmy 1000 metrów, a szczyt
nadal wydaje się jeszcze daleko. Kasia nie ma sił już dalej iść i decyduję
się iść sam. Jak daleko, to się zobaczy.
Po 20 minutach dochodzę do rozstaju szlaków, Schwarzburger Weg wiedzie na
przełęcz Winkelscharte a na SWS (jak napisane jest na głazie) wiedzie nikła
perć znakowana czerwonymi kropkami. Po kilkunastu metrach perć zanika i
tylko co jakiś czas namalowane kropki oznaczają kierunek wspinaczki. To mi
się podoba, idę tak jak chce i sam muszę wyszukiwać właściwą drogę. Czuję,
że mam jeszcze sporo sił, jestem dobrze zaaklimatyzowany, a i szczyt
przybliżył się znacznie. Pojawiają się płaty śniegu ale ja staram się iść
skałami, pośród olbrzymich głazów. Zaczynam doganiać idącą przede mną parę,
widzę że kobieta ma spore problemy z pokonywaniem kolejnych złomów skalnych.
Ja też mam już tego dość, jestem poobijany i poocierany od stałego
przeciskania się pomiędzy głazami ale obawiam się wchodzić na śnieg. W końcu
nie mam alternatywy, do grani pozostało jeszcze ok. 150 metrów i dostęp do
niej broni już tylko strome pole śnieżne. Skracam kijki do minimum - do
długości czekana, wbijam je mocno w śnieg i ... do góry. Śnieg ma dobrą
konsystencje, czubkami butów wybijam stopnie, idzie mi się bardzo dobrze. Od
razu mogłem tak iść, a nie przedzierać się wśród skał. Zaczynam myśleć o
zejściu, jest tu bardzo stromo, dopóki idę pod górę jest okey, ale zejście
będzie niebezpieczne. Patrzę w dół i myślę, że dam sobie jakoś radę, w końcu
na dole czeka Kasia i wspiera mnie duchowo... Patrzę na Austriaków, facet
ma czekan, kobieta tylko kijki. Idą bardzo wolno ale to dobrze, doganiam
ich, razem będzie nam raźniej. Dochodzimy wreszcie do grani, śnieg się
kończy, Jezu ... na szczyt będzie jakieś 45 minut. Kiedy to się skończy?
Widzę jednak, że grań nie jest trudna więc bez odpoczynku idę dalej, chcę
jak najszybciej wejść na wierzchołek. Krok za krokiem zbliżam się do
szczytu, przestałem czuć zmęczenie, wielką frajdę sprawia mi wspinanie na
grani tym bardziej, że drogę wybieram sam, kropki pokazują tylko kierunek.
Widoki zapierają dech, pode mną lśni lodowiec Winkelkees wokół nieskończone
morze gór, a z tyłu za mną góruje nad wszystkim Królowa. Mam wrażenie, że
obserwuje mój każdy krok i czuwa nad moim bezpieczeństwem. Jeszcze jedno
wzniesienie, jeszcze trzeba wspiąć się na kolejny uskok i jeszcze jeden płat
śniegu. Czuję się jakbym uczestniczył w jakimś filmie górskim, panorama jest
tak ostra, że sprawia wrażenie nierealnej, jestem 3000 mnpm a nie ma
odrobiny wiatru, żadnych chmur nawet najmniejszej chmurki. Nie mogę się
doczekać kiedy już wejdę na szczyt, już go widzę, nie ma krzyża ale jest
spory kopczyk. Końcówkę idziemy już w trójkę, uśmiechamy się do siebie, góry
nam już nikt nie odbierze.
Wchodzimy na szczyt razem, podajemy sobie ręce. Jestem tak szczęśliwy, że
nie potrafię wyksztusić z siebie głosu. Pogoda nas podczas tych wakacji nie
rozpieszczała, a tu taki dzień i taka góra! Jutro trzeba wracać do Polski,
do pracy, ale to jest teraz nieważne. Wspaniałe ukoronowanie lata i tylko
żal, że nie ma tu Kasi ...
Mój niemiecki pozostawia wiele do życzenia ale mimo to rozmawiamy ze sobą o
górach, Polska kojarzy im się z Kukuczką i Rutkiewicz, widać że łączy nas
wspólna pasja. Zresztą nie spotkałem przez te trzy kolejne górskie lata w
Austriackich Alpach ludzi przypadkowych, nie znających się na górach, co
niestety u nas w Polsce jest regułą. Częstujemy się ciastkami, piciem. Oni
wypatrują i podziwiają widoczny w oddali masyw Glocknera ale ja patrzę w
innym kierunku, na nią ... Zrobię wszystko aby za parę lat tu wrócić i wejść
na nią ... Królowo, obiecuję Ci to!
Na Schneewinkelspitze spędzamy całą godzinę. Z powrotem ruszam pierwszy ale umawiamy się, że po polu śnieżnym zejdziemy razem. Decydujemy się schodzić cały czas śniegiem a nie kombinować wśród skał. Schodzimy powoli, mocno wbijając pięty w śnieg, idzie nam to całkiem dobrze i szybko tracimy wysokość. Nie spodziewałem się, że pójdzie to tak łatwo, jeden moment nieuwagi i ... lecę na plecach w dół. To już końcówka pola, nie jest tak stromo więc udaje mi się zahamować. Ale i tak poleciałem jakieś 15 metrów, trochę się poobcierałem i pieką mnie łokcie. Jeszcze trochę emocji i już po wszystkim, najtrudniejsze miejsce zostało już za mną. Teraz dopiero uderza we mnie pełne odprężenie, czuję się wspaniale. Austriacy wyrwali do przodu, jestem znów sam i staram się te chwilę zachować jak najdłużej. Każdy kto choć raz w górach wysokich schodził samotnie po udanym wejściu na szczyt i był już w łatwym terenie wie jakie to wspaniałe uczucie. Gdyby nie fakt, iż ktoś niżej czeka z niepokojem na mnie zostałbym tu dłużej. Dochodzę do Kasi, obserwowała całą moją drogę, widziała mój upadek i jest zła, że sam poszedłem na szczyt. Ale co miało mi się stać, wszak czuwały nade mną aż dwie, piękne kobiety ...
W drodze powrotnej do schroniska czeka na nas niemiła niespodzianka. Słońce roztopiło lodowiec do tego stopnia, że niewinne strumienie spływające z niego zamieniły się teraz w rwące, szerokie potoki. Sytuacja jest niezwykła, błąkamy się po ich brzegach nie mając pomysłu na ich pokonanie. Kamienie po których przeszliśmy rano, zniknęły teraz pod głęboką wodą. Mija czas, a my stoimy w miejscu nie mając pomysłów na wybrnięcie z tej absurdalnej sytuacji. W końcu po pół godzinie udaje nam się jakoś przebrnąć na drugą stronę ale sytuacja powtarza się przy każdym potoku. Schodzimy dłużej niż podchodziliśmy tędy rano tracąc przy tym w spienionej wodzie jeden kijek. W końcu dochodzimy do schroniska, jest po 16 -tej, tutaj dopada mnie duże zmęczenie. Radler i legendarna konserwa turystyczna stawia mnie znów na nogach. Trzeba schodzić dalej.
Stoję przed samochodem, 1500 metrów w górę i w dół, 10 godz. wędrówki i wspinaczki, skała, śnieg, słońce i woda. Dziś było wszystko, dziś był dzień którego się nie zapomina, który jeszcze długo wieczorami przy piwie będę przeżywał jeszcze raz. Maraton dobiegł końca.
Spoglądam ostatni raz na góry i szukam Królowej ale stąd jej nie widać. Prawie cała panoramę zajmuje Schneewinkelspitze. Ten jeden raz na tle nieba Królowa zazdrośnie ustąpiła miejsca innej górze, głównej bohaterce tego dnia ...
Sylwek