Łukasz
Szulc
Michał
Wróbel
Paweł
Sokołowski
Nieinteresująca obła sylwetka, banalne technicznie
wejście...brak powietrznych grani i stromych urwisk - jednym słowem pagórek o
wysokości przekraczającej 5 000 m. Takie miałem zdanie na temat góry, która
nigdy nie przyciągała mojej uwagi. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, jak potężny
jest to masyw i tylko ten, kto zobaczy go w całej okazałości z odległości 180
km, zrozumie, co mam dzisiaj na myśli.
Mimo to pewnego dnia zdecydowałem, że trzeba tam
pojechać. Zaczęło się od przeszukiwania netu, co nie sprawiało wielkich
trudności, bowiem roiło się od opisów zwycięskich wypraw. Zastanawiające było
jednak to, że nie można było znaleźć choćby słowa o tych zakończonych
niepowodzeniem, a stanowią one niebagatelne źródło wiedzy. Z każdą kolejną
stroną www rósł mój apetyt na tę górę. Recenzje i opisy zachęcały do podróży w
Kaukaz...: „na północ od głównej grani Kaukazu leży potężny masyw górski,
zupełnie inny niż cała reszta otaczających go gór. Ponad morzem postrzępionych
szczytów bieleją stoki góry - olbrzyma. To Elbrus”. Robiło wrażenie.
Przeszukując Internet przypadkiem natrafiłem na grupę, która wybierała się na
Elbrus w okresie, który bardzo mi odpowiadał, czyli w połowie czerwca. W
Kaukazie jest to miesiąc stabilnej, najlepszej pogody. Jeszcze ważniejsze było
to, że wyjazd organizował „Bodziok” (Łukasz), którego znałem ze wspólnej
zimowej wspinaczki na nienazwany lodospad zachodniej ściany Kazalnicy. Nie był
to wtedy wielki wyczyn, bo warunki lodowo-pogodowe nie pozwalały na nic więcej,
ale pomimo skąpego doświadczenia Łukasz wykazał się wtedy żelazną psychą. Z
takich czy innych względów bardzo chętnie zgłosiłem swój udział w wyprawie.
Pakując się na
pierwszą wyprawę górską, gdzie środkiem transportu nie miał być samochód, staję
przed zadaniem dla mnie wcześniej nieznanym...zmieścić się do jednego plecaka
na dwa tygodnie z myślą o wejściu z tym wszystkim na dużą wysokość. Ba,
wysokość, której nigdy wcześniej nie osiągnąłem (M. Blanc i parę czterotysięczników).
Dotychczas jedynym ograniczeniem był bagażnik mojego samochodu, który
gwarantował nieoceniony komfort. Przecież można było wypchać go dowolnie, a i
tak przy każdym wyjściu w góry zabrać z niego tyle, ile było potrzebne na max
trzy do pięciu dni. Jednak tym razem miało to być 14 do 17 dni z niewymiennym
bagażnikiem na plecach. Ostatecznie jednak udaje mi się zmieścić nawet klapki z
myślą o 50 godzinnej podróży pociągiem.
Spotkanie z ekipą, której część zdążyła się wykruszyć
w wyniku naturalnej wyprawowej selekcji, umówiliśmy możliwie najbliżej
czyli.......we Lwowie. Autobus Wrocław-Kijów, do którego wsiadam na dworcu PKS
we Wrocławiu wygląda raczej na ciasnego busika, ale może się mylę. Gdy po
siedmiu godzinach jazdy w całkowitym bezruchu, z przyklejonym do siedzenia
tyłkiem, pozostawiam Medykę na zachodzie, ogarnia mnie wrażenie, że cofam się w
czasie. To, co widzę, przypomina krajobraz jaki znałem wiele lat temu w
Polsce...taka retrospekcja. Rozkoszuję się wolnością – jaką lubię najbardziej,
nieskażoną żadnym chorym obowiązkiem związanym z codziennością, urzędami,
gonitwą za kasą, karierą, czekaniem w korkach, w spalinach, w tłoku. Teraz
jestem zależny tylko od siebie i ludzi, których wybrałem na towarzyszy tej
przygody. Jakoś nie zawracam sobie głowy słowami ukraińskiego celnika, który
widząc na mojej karcie emigracyjnej w polu „cel podróży” wpisane drukowanymi
literami „Tranzyt” zapytał:
- Kuda ty
jediosz?
Po
chwili usłyszałem:
- Tam
strelajut.
Łaskawie,
z niedowierzaniem pozwolił mi wjechać na teren swojego kraju, przybijając
stosowną pieczęć.
Chłopaki
po spędzonej na zwiedzaniu miasta nocy i piwkowaniu w okolicach dworca, gdzieś
nad ranem doczekali się mojego przyjazdu. Są o dziwo wypoczęci i gotowi do
dalszej jazdy, a ja właśnie zakończyłem pierwszy z czterech etapów podróży i
jestem cieniem siebie. Na szczęście piwko szybko stawia mnie na nogi. Na dworcu
kręcą się panowie w gabardynowych czapkach o śmiesznych kołowych rondach.
Widać, że twarze tych panów nigdy nie zostały skażone jakimkolwiek grymasem.
Szybko staje się jasne, że od średnicy ronda zależy stopień w hierarchii
służbistów...chwilę później pojawia się maleńki, poważny człowiek z rondem o
średnicy gigantycznej pizzy. Takie skojarzenie to znak, że zgłodnieliśmy. Na
drogę kupujemy parę piwek, flachę i trochę żarcia...jak się później okaże
stanowczo za mało. Zadowoleni, że do tej pory obeszło się bez wziatki (łapówy), co było prawdziwym
sukcesem, idziemy na peron, gdzie zaskakują nas rozbrzmiewające dźwięki hymnu
ukraińskiego. To powitanie dla wjeżdżającego na peron pociągu. Rzeczywiście w
ostatnich latach zreformowano kolej - pomyśleliśmy.
Nasz pojezd odjeżdżał o 8.50. Od tego
momentu było przed nami 18 godzin podróży do Charkowa, gdzie po 6 godzinach
„odpoczynku” czekały nas jeszcze 22 godziny do Piatigorska, a potem kilka
godzin do Terskola.
Podróż
pociągiem na wschód od Polski to przygoda nadająca się na osobny rozdział lub
całe opowiadanie.
Zbliża się godzina odjazdu i pojawia się nasz pociąg,
z którego wyskakuje obsługa i szmatkami czyści zewnętrzne poręcze... Zaraz
potem okazuje się, że numer wagonu podany na bilecie nie istnieje. Wzruszając
ramionami pokazujemy bilety „strażniczce” ostatniego wagonu i zostajemy
wpuszczeni do środka. Bilety, wykupione jeszcze w Polsce, były na tzw. Plackarte i za moment mieliśmy przekonać
się, jaki standard kryje się pod tym hasłem. Niczego nie świadomi instalujemy
się w przedziale. Natychmiast pozbywam się ciężkiego obuwia i zakładam lekkie i
wygodne klapeczki, jednocześnie wyobrażając sobie, jakby bez nich wyglądała ta
podróż. Próba otwarcia okna przy 30 stopniowym upale kończy się niepowodzeniem.
Usiłując znaleźć przyczynę, zauważam metaliczne główki częściowo zatopione w
drewnianej framudze.
- Gwoździe – wykrzyknąłem zrezygnowany.
W
całym wagonie nie znajdujemy sprawnego okna. Powód - zimy u nich srogie, więc
okna są i będą zabite gwoździami. Rozglądam się po wagonie by jak najwięcej
zapamiętać. Plackarta to wagon
pocięty na przedziały, które przecina jeden długi korytarz. W każdym przedziale
jest sześć łóżek, z tym że cztery po jednej stronie od korytarza tak jak w
„normalnych” przedziałach i dwa po drugiej stronie wzdłuż przeciwległego okna z
czego jedno zamieniane jest w ciągu dnia na stół i siedzenie. Całego porządku
pilnuje jeden lub dwóch „kanarów-strażników” na wagon. Zatem można by rzec, że
obsługa pociągu jest nad wyraz liczna. Wkrótce powietrze zaczyna przypominać
to, znane mi z wnętrza samochodu, stojącego latem od kilku godzin na
nasłonecznionym parkingu. Mimo to wszystko jest super, świeża pościel,
wystarczająco wygodne łóżka, poduszki, herbatka, muzyczka rozbrzmiewająca w
głośnikach, wszystko do momentu, gdy któryś z nas nie poszedł do toalety. Był
to prawdziwy kibel. Najpaskudniejsze miejsce w jakim był którykolwiek z nas od
lat. Tam po prostu.....nie dało się wytrzymać.
Drogę do Charkowa w większości przesypiamy,
przylepiając się do przepoconej pościeli. W Kijowie ocknęliśmy się i korzystamy
z okazji by zerknąć na to miasto choćby z okna pociągu. Niesamowite wrażenie
robi na nas 100 metrowa Statua Swobody
stojąca nad równie olbrzymim Dnieprem, rzeką kilka razy szerszą i większą od
naszej Wisły. W przerwach pomiędzy drzemkami podróż mija w atmosferze lekkiego
podniecenia. Sączone browce nie mają w tym znaczącego udziału. Gdzieś nad ranem
czyjeś wrzaski budzą nas z ostatniej drzemki. „Strażniczka” coś wykrzykuje, ale
oczywiście nic z tego nie rozumiemy. Widzimy tylko, jak inni zrywają się i
ustawiają do kolejki w kierunku obleśnych kibli. Lekko niedobudzony zastanawiam
się, co ich ciągnie do takiego miejsca, może nie mają łazienek we własnych
domach i nakazano im korzystać z toalet, bo zostaną zamknięte. Chwilę później
już wiemy. Owszem - toalety zostaną zamknięte, ale to bliski koniec
18-godzinnej podróży jest powodem takiego zrywu. Nie wszyscy zdążyliśmy
skorzystać. Łukasz został wyciągnięty podczas....strażniczka otworzyła kibel
kluczem, wtargnęła do środka i nakazała natychmiast opuścić „sanitarną zone”. Oburzony wrócił do nas.
W Charkowie wygłodzeni rzuciliśmy się na żarcie w Mc
Donald’s i przy okazji, znając standard Mc’owych toalet, prawie wykąpaliśmy się
w umywalkach. Zrobiliśmy też zapasy na dalszą drogę, niestety swoje musiałem
później wyrzucić, ponieważ nie sprawdziłem dat ważności na tym, co brałem.L Pojawił się też problem wizowy. Przypadkiem
odkryliśmy, że wizy mają wpisany kod rejonu, w który się udajesz, a nasze były
wydane na podstawie voucherów ważnych tylko w Moskwie. Od tego momentu do
granicy z Rosją radość z podróżowania zastąpiło uczucie ciągłego niepokoju.
Obawy były tym większe, że jest to pierwszy rok obowiązywania wiz do Rosji i
nie mogliśmy przewidzieć reakcji na granicy. W związku z zaistniałą niepewną
sytuacją nastawiliśmy się na użycie najmocniejszej karty przetargowej – sałaty
zwanej “baksem”.
Pociąg, do którego
wsiadamy w Charkowie, by pobić kolejny rekord długości czasu spędzonego w
jednym wagonie, nie różni się niczym od poprzedniego...może ciut lepsze są
warunki sanitarne. Późnym popołudniem jesteśmy na granicy. Po przekazaniu
naszych paszportów zostaję wytypowany i poproszony do szczelnego pomieszczenia,
gdzie po raz pierwszy dochodzi do “wylegitymowania” z zielonych przepustek ze
znakiem wodnym zwanych tutaj Lincolnami. Udaje się. Nerwy puszczają i ogarnia
nas uczucie ulgi. Niedługo potem jesteśmy w Rosji – każdy z nas po raz pierwszy
w życiu, jednym słowem pełna egzotyka. Zadowoleni ze wszystkiego nie
rejestrujemy szybko upływających kolejnych godzin w drodze. Pociąg zatrzymuje
się w niewielkiej miejscowości położonej nad Morzem Azowskim. Na peronie kręcą
się ludzie oferując rosyjskie menu: pierogi, kotleciki i wędzone rybki wiszące
na pętlach po kilka sztuk, które są rozchwytywane przez pasażerów. Decydujemy
się na ryby skoro wszyscy je kupują, ale gdy jeden z takich zwojów leży już na
naszym stoliku, okazuje się że, nie są wędzone.
- A jakie są? – słychać oburzenie w głosie głodnego Łukasza.
-...suszone... – odparłem, nie mogąc powstrzymać śmiechu. W tym czasie
dziwna woń dopada nasze nozdrza i zwala z nóg. O zgrozo, przecież prawie wszyscy
wnieśli te rybki do wagonu. Upał w pociągu połączony z szybko rozchodzącym się
zapachem (przypominającym raczej psujące się ryby) suszonych rybek daje się nam
mocno we znaki. Kontrolnie pytam, czy kolega przeżyje, gdy zje taką rybę.
Dowiadujemy się jednak, że takie właśnie są najlepsze i należy je spożywać do
piwa...lub czegoś mocniejszego. Rzeczywiście kilku pasażerów zjada rybki,
delektując się równocześnie wódeczką i mineralną. Zjadamy jedną, nieziemsko
słoną, rybę. Pozostałe lądują z dala od nas, w niedostępnym i szczelnym
miejscu... Kolej wije się wzdłuż Morza Azowskiego racząc nas morskimi widokami.
Zmienia się klimat na śródziemnomorski, zmienia się również klimat w
pociągu...na jeszcze gorszy. Pot leje się z nas wiadrami. Chcąc przespać noc w
takich warunkach postanawiamy wcześniej się upić...Wydobywamy z plecaka jedyną
półlitrówkę i wypijamy po małym kubku.
Gdzieś o drugiej nad
ranem ktoś wyrywa mnie z letargu szarpiąc za nogawkę. Nieprzytomny podnoszę
powieki, pod które zostaje skierowany silny strumień światła latarki. Żądają
paszportów. Budzę chłopaków, szarpiąc ich za kończyny. Jest całkowicie
ciemno...ludzie dookoła śpią. Sylwetki najeźdźców majaczą schowane za
skierowanym w nas światłem latarek. Dziwię się, że przyszli tylko do nas. O co
chodzi? To jakiś koszmar – gestapo. Zabierają mnie na przesłuchanie. Nie
ubrany, boso maszeruję korytarzem pociągu do już znanej mi zamykanej kanciapy.
Znajdują niezgodności w paszportach.
-
Kuda wy jediotie? - zaczyna
się.
- Do Piatigorska.
- Gdie Piatigorsk a gdie Maskwa? – no to koniec, pomyślałem. Różnica 2000 km była
zbyt duża, by znaleźć mądry argument na taki przebieg trasy. Ostatecznie udaje
mi się powstrzymać planowane wyrzucenie nas z pociągu na najbliższej stacji.
Konieczne było użycie sprawdzonej przepustki z wizerunkiem Jacksona. Nigdy nie
dowiem się, skąd mieli na nas namiary i kim byli. Pewne jest tylko to, że
najazd zaplanowali i nie byli tymi, za których się podawali. Z drugiej strony
nasza uległość wynikała z zaskoczenia i świadomości, że mają się do czego
przyczepić.
Po bardzo
nieprzyjemnej nocy budzę się z radosną myślą o nadchodzącym końcu podróży. Za
szybą pojawiają się pierwsze samotne, kilkusetmetrowe wzgórza wyrastające z
idealnej równiny pokrytej skąpą stepową roślinnością. Jesteśmy w Mineralnych
Wodach. To gdzieś tutaj w zeszłym roku w wyniku czeczeńskiego terroru
eksplodował pociąg wiozący pasażerów. Zginęły wtedy dziesiątki osób. Pamięć o
tym napawa mnie lekkim niepokojem. Chwilę potem przejeżdżamy w milczeniu obok
tego, co zostało z tego pociągu. Pordzewiałe, pogięte blachy sieją grozę...
Piatigorsk wita nas wczesnym rankiem. Jeszcze wysiadając z pociągu dopadają nas
chmary samozwańczych taksiarzy. Zostajemy zarzuceni propozycjami przewozowymi.
Wybieramy jedną z ofert i poznajemy naszego kierowcę Siergieja, który jest
skłonny poczekać godzinę do otwarcia kantorów. Mamy tylko dolary i wiemy, że w
Terskole mogą być kłopoty z ich wymianą. Zostawiamy Michała na dworcu i idziemy
z Łukaszem rozejrzeć się za jakimś kantorem. Miasto wydaje się być wymarłe.
Kompletna cisza i tylko nieliczne sprzątaczki zamiatają chodniki. Od czasu do
czasu ulicami przejeżdża samochód. Widok wraku sprzed godziny przekłada się na
nasze obecne morale w tym pustym mieście. Co jakiś czas oglądamy się za siebie.
W miedzyczasie uświadamiamy sobie, że dzisiaj jest niedziela i mogą być
problemy z meldunkiem (OVIR). Postanawiamy, po uprzednim wypytaniu miejscowych,
jechać do Terskola pod Elbrus by jutro cofnąć się prawie 50 kilometrów do
Tyrnauz, żeby się zameldować. Kiedy po godzinie wracamy na dworzec okazuje się,
że jesteśmy poszukiwani. Michał uznał, że zbyt długo nas nie ma i na wszelki
wypadek zaalarmował wszystkie możliwe służby.
TaxI w GórY
Idziemy po parkingu
w kierunku żółtej Łady z rozbitą przednią szybą. Nie ma w tym nic dziwnego,
ponieważ wiele z mijanych przez nas pojazdów na parkingu ma ten sam problem.
Później Siergiej wyjaśnił nam, że ktoś mu rzucił butelką w samochód w czasie
jazdy. Taksówkarz otwiera bagażnik, w którym znajduje się ogromny zbiornik gazu
przypominający te używane w domach pod kuchenkę.
- Auto jest na gaz? – pytam.
- Da. Maja charosza rabota – z
dumą odpowiada Siergiej.
To
najgorsza odpowiedź, jaką mogliśmy usłyszeć. Spoglądamy na siebie znacząco, nic
przy tym nie mówiąc. Zdajemy sobie sprawę, że zbiornik nie posiada zbyt wielu
certyfikatów bezpieczeństwa. Plecaki zostają dosłownie rzucone do bagażnika i z
całej siły upchane. Może to i dobrze. W razie wybuchu nie wypuszczą blach
zbiornika w naszym kierunku... W drodze co kilkanaście kilometrów mijamy
posterunki kontrolne. Nasz waditiel
ma jakieś kłopoty na jednym z nich i musi się posiłkować “przepustkami”. Parę
godzin i jesteśmy na miejscu. Ogromna dolina Baksanu, którą podziwiałem przez
dwie ostatnie godziny, zalesia się dopiero na kilka kilometrów przed Terskolem.
W niższej części ma charakter stepowy, a góry wyrastające nad nią są zbudowane
ze skał bardzo kruchych. Siergiej okazuje się niezwykle przyjazny. Pomaga nam
nie tylko zarejestrować się u ratowników, ale też skutecznie targuje się w
hotelu schodząc z 450 rubli do 200 za noc. Pokój, mimo że z łazienką pozostawia
wiele do życzenia. Nie przejmujemy się tym zbytnio, zostawiamy plecaki i
idziemy rozejrzeć się po okolicy. Pogoda jest piękna, widoki również. Góry
piętrzące się ponad Terskolem (ok. 2150m npm) są już zupełnie inne od tych
widzianych wcześniej. Nad niesamowicie piękną tutaj doliną pochyla się,
imponująca ogromem, ponad dwukilometrowa ściana Donguz-Orun (4468 mnpm) – góry
zabójcy – zakończona białą grzywą charakterystycznego nawisu. Towarzyszy jej
Nakra Tau (4451mnpm) oraz popularny Czeget (ok.3800 mnpm). Spływające zewsząd
lodowce połączone z zielenią lasu i błękitem nieba dopełniają krajobraz.
PocząteK
Po pierwszej
przespanej w całości nocy pakujemy się na upragnione wyjście w góry. Potajemnie
rozliczamy się za hotel z “szefową piętra”, przy okazji zostawiając jej nadmiar
rzeczy na przechowanie. Jedziemy do Tyrnauz, gdzie załatwiamy wszystkie
formalności kokietując naczelnika znajomością składu piłkarskiej reprezentacji
Rosji oraz niesprawiedliwych okoliczności, w jakich odpadła z jeszcze
trwających mistrzostw Europy. O 11.30 jesteśmy z powrotem w Tersokole głównie
za sprawą ekstremalnej jazdy powrotną taksą, a samo wspomnienie tej przejażdżki
wywołuje drżenie rąk.
Idziemy drogą do Azau gdzie zaczyna się klasyczne
wejście na Elbrus. Wyjście aklimatyzacyjne na Czeget praktykowane przez
większość wypraw zajęło by nam zbyt wiele cennego czasu. Przyjechaliśmy zdobyć
Elbrus i trzeba poświęcić mu tyle czasu, ile będzie konieczne, żeby później nie
okazało się, że zabraknie nam np. jednego dnia. Z Azau podchodzimy wzdłuż
kolejki linowej przez pyły wulkaniczne, które unosząc się po każdym kroku
drażnią oczy, wnikają do uszu, czyniąc podejście mozolnym i nieprzyjemnym. Na
wysokości 3000 mnpm w pobliżu stacji Krugozor rozbijamy pierwszy obóz. Ponieważ
rozbicie namiotów na pyle wulkanicznym graniczyłoby z cudem, korzystamy z
gościnności strażnika parku narodowego i instalujemy się na tarasie, wbijając,
pomiędzy deski, drewniane sęki zamiast szpilek. Później zasłużony obiad i
pierwsze na tej wyprawie smakowanie „chińszczyzny”. Zupka smakuje lepiej niż w
domu. Tego dnia zdobywamy jeszcze ok. 200 metrów z zamiarem osiągnięcia lepszej
aklimatyzacji i wracamy do namiotów. Wieczorem wyraźnie się przejaśnia i po raz
pierwszy oglądamy wierzchołki Elbrusa. Pojawiają się sprzeczne opinie co do
pierwszego wrażenia, jakie na nas robi. Gwiaździste niebo zachęca do
sprecyzowania naszych zamiarów na kolejny dzień. Jutro chcemy dojść do beczek
(ok. 3800m).
PogodA
Rano budzi
nas słońce, szybko rozgrzewając namioty. Załatwiamy co musimy, pakujemy się i
startujemy. Szybko osiągamy wczorajszą wysokość i wchodzimy na pierwszy śnieg.
Niestety jest już mokry. Zaczynam się martwić, czy moje buty zniosą takie warunki.
Znam je i wiem, że wolałyby kilkugodzinny deszcz, niż godzinę topniejącego
śniegu. Przez cały czas wypatrujemy właściwą drogę, z której zeszliśmy wczoraj
przed pośrednią stacją. Trawersujemy lodowiec, by następnie wspiąć się na
morenę boczną, gdzie w końcu trafiamy na wydeptany ślad. Idziemy jej wybitnie
ostrym grzbietem w kierunku górnej stacji Mir (3500m). Na niebie pojawiają się
niewinne mgiełki. Coraz rzadziej odzywamy się do siebie i stopniowo zwalniamy.
Michał zostaje w tyle, więc od czasu do czasu daję znaki, żeby go zmobilizować.
Nikogo po drodze nie spotykamy. Czyżby wszyscy wjeżdżali kolejką? Jeszcze jedno
ostre podejście i jesteśmy w Mirze. Buty, pomimo grząskiego i topniejącego
śniegu, na szczęście są suche. Mamy niezły czas i postanawiamy tu posiedzieć
przez godzinę lub dwie, żeby trochę przywyknąć do wysokości. Przy okazji
nadrabiamy braki energetyczne ciepłym posiłkiem. Niestety wszystko odbywa się
na stojąco z powodu braku jakichkolwiek siedzeń. W dodatku kilka okien jest
wybitych i po paru minutach stania odczuwamy przeszywające zimno. Zakładamy
kolejne warstwy odzieży. Z wagonika, który właśnie przyjechał, wychodzi
strażnik i kasuje 20$ od osoby za wstęp do parku. W międzyczasie stopniowo
pogarsza się pogoda, czego w porę nie dostrzegamy. Gdy opuszczamy stację,
zauważamy potężną chmurę burzową idącą prosto na nas znad rejonu Bezingi.
Widoczne strugi padającego deszczu oraz nieustanne grzmoty zmuszają nas do
zastanowienia...czy zdążymy. Przyglądam się sytuacji przez dłuższy moment,
obliczając gdzieś w głowie przybliżony czas nadejścia zawieruchy w stosunku do
naszych możliwości. Chwila konsternacji.
- Zdążymy. Mamy godzinę.
Pomimo
zgłoszonych wątpliwości rozpoczyna się wspólny wyścig z czasem. Kto pierwszy?
My czy wysłannik piekieł? Wypruwamy z siebie flaki. Prawie biegniemy z ciężkimi
plecakami w śniegu po kolana. Michał zostaje trochę w tyle, ale trzyma się
dzielnie. Za plecami burza coraz głośniej daje o sobie znać. Nieustannie
informuje nas, że się zbliża. Nadnercza dopingują organizm adrenaliną. Co jakiś
czas obracam się za siebie i widzę jak robi się ciemno. W oddali nie widać
przejaśnienia, właściwie to nic nie widać. To front. Czuję że to będzie jakiś
koszmar...nie wiedziałem jeszcze wtedy, że potrwa pięć dni. Na stoku pusto, już
nie ma nikogo. Jeszcze piętnaście minut temu byli. Gdzie u licha oni się
podziali? Zdążyli się już schować... Podbiegam coraz krótszymi odcinkami.
Wybieram miejsca, dołki w śniegu, które muszę osiągnąć jednym zrywem.
Dwadzieścia kroków, postój, parę głębokich oddechów i w górę, i w kółko to
samo. W pewnym momencie, gdy dociera do mnie, że na pewno się uda, że zdążę,
ogarnia mnie spokój. Zwalniam bo wiem, że Michał jeszcze walczy i lepiej mu
będzie mnie widzieć. Czas został wyśrubowany, ale dzisiaj już nigdzie nie
pójdę, nie dam rady. Pytamy o nocleg w beczkach, ale gospodarz chichocząc życzy
sobie aż 300 rubli od osoby. To tyle co w Chamonix mówię. Tymczasem na nasze
głowy zaczyna padać ostry grad, a potem deszcz ze śniegiem. Bardzo nieprzyjemne
traktowanie ze strony gospodarza wpływa na decyzję o rozbiciu namiotów powyżej
schroniska. Zabawa z pałatką zabiera
mi bardzo dużo czasu. Świadomość samotnego noclegu w trzyosobowym namiocie
narzuca szczególną ostrożność. Zabezpieczam go kamieniami znosząc je z okolicy,
żeby postawiony przed chwilą dom przypadkiem nie zamienił się w spadochron, gdy
w nim będę. Wieczorem urządzamy sobie wyżerkę. Zalewam liofilizowaną jajecznicę
którą mi polecano... Jednak pierwszy kęs uświadamia mnie, że druga, która jest
w plecaku, zostanie tutaj dla przypadkowych gości. Jemy bardzo dużo różnych
rzeczy, kaszki, kisielki, puree, słowem nie żałujemy sobie. Pogoda staje się
katastrofalna... Noc jest stale rozświetlana przez setki grzmiących błyskawic.
Rano nic lepiej. Dostajemy SMS-a z Polski, że tak ma być przez kilka dni, a w
ogóle to w Inguszetii wybuchła wojna, Czeczeni zaatakowali rosyjskie
posterunki. Cudownie. Czy my przypadkiem nie jesteśmy w Inguszetii? Po krótkiej
debacie dochodzimy do wniosku że na szczęście nie. Cały dzień leżymy w namiotach
wychodząc z nich jedynie wtedy, kiedy nie da się już wytrzymać. Żałuję, że nie
zabrałem żadnej książki...kompletna nuda. Kolejna noc i znów ta sama
pogoda...Rano na chwilę się przejaśnia. Wykorzystujemy szansę, jaką nam daje
okno pogodowe i idziemy do Prijuta. Zajmuje nam to około 1,5 godziny. Po drodze
spotykamy liczne grupy wycofujące się na dół. Wśród wielonarodowościowej ekipy
jest grupa Polaków. Nikomu nie udało się zdobyć szczytu. Nasi osiągnęli
przełęcz (ok. 5350 mnpm), co przy takich warunkach i tak było wielkim sukcesem.
Cieszę się, że postanowiliśmy od razu działać na stokach Elbrusa. Ci, którzy
schodzili nie zostawili sobie wystarczającej rezerwy czasu i musieli pogodzić
się z porażką.
Dzięki zebranym po drodze informacjom dostajemy się
do kanciapy położonej ok. 100 metrów powyżej Prijuta, gdzie warunki są o dziwo
zaskakująco dobre. Domek zrobiony z płyt wiórowych posiada dwie piętrowe
sypialnie wyposażone w materace i obszerną kuchnię, w której można było
wygodnie usiąść przy stole, zagotować wodę na (!) domowej kuchence (takiej z piekarnikiem) i - co jest
wręcz niewiarygodne - napalić w kominku. Miejsc noclegowych było ponad
dwadzieścia. Na drewnianym prymitywnym tarasie można było znaleźć łopaty do
odgarniania śniegu i deski do palenia w piecu. Dla nas oznaczało to pełny
komfort. Byliśmy tam sami i tego dnia nikt do nas już nie dołączył. W Prijucie,
do którego schodziłem już w ciemnościach i gęstej mgle, również było zupełnie
pusto. Ogarnęło mnie przekonanie, że to zapowiadająca się zła pogoda
odstraszyła potencjalnych zdobywców. Wracając, przy skałach zwróciłem uwagę na
liczne pamiątkowe tablice przytwierdzone do nich. Tam przekonałem się, że
Elbrus potrafi być bezlitosny i odbiera życie nawet całym wyprawom. Trudno
oddać emocje, jakie panują w tym miejscu. Odczytywanie tylu dat i nazwisk ludzi
w wielu językach świata, w skąpym strumieniu światła czołówki i wyjącym
wściekle huraganie, rozrywającym pędzące chmury w załomach skalnych, pogłębia
uczucie samotności, zmienia rzeczywistość na zupełnie inną – poza codziennym
światem. To niesamowite, że jeszcze parę dni temu siedziałem wygodnie w
klimatyzowanym biurze w rozgardiaszu dużego nowoczesnego miasta, a teraz,
zaledwie chwilę później jestem w miejscu, które bardziej przypomina warunki
panujące na Księżycu, niż te na Ziemi. Co musi czuć astronauta, który w trzy
minuty po starcie jednym spojrzeniem ogarnia całą Ziemię? Jest minus 18 stopni
i zaczynam odczuwać zimno w paluchy rąk. Wracam do chatki. Snujemy plany na
kolejne dni. Nasza sytuacja żywieniowa wygląda źle. Na stole rozrzucamy
wszystkie nasze zapasy i zastanawiamy się na ile dni nam to wystarczy? Przy
rygorystycznych oszczędnościach najwyżej trzy dni...a jeżeli pogoda się nie
poprawi...? Długo rozważamy możliwość zejścia i uzupełnienia zapasów. Bliskość
kolejki i szansa na normalny obiad przeważają za tym, by schodzić następnego
dnia rano.
Po dobrze przespanej nocy budzę się o 7. Czuję się
znakomicie, a ponieważ pogoda jest trochę lepsza, przychodzi mi na myśl podejście
do Skał Pastuchowa, zanim zejdziemy na dół. Łukasz przystaje na propozycję i
idziemy razem. Zajmuje nam to ok. 1.5 godziny. Czujemy się doskonale na
wysokości 4600m i w dobrych humorach wracamy do „bazy”. W tym czasie Michał
zdążył pozbierać się i zjeść śniadanie. Widać, że nie czuje się najlepiej.
Wrzucamy do plecaków, co popadnie i zbiegamy do kolejki. W południe po darmowej
przejażdżce wagonikiem jesteśmy na dole w hotelu. Na myśl o zupkach chińskich i
liofilizatach robimy zapasy z warzyw, owoców, wędlin, pieczywa i masła. Jeszcze
takim jedzonkiem nie raczyłem się powyżej 4000 mnpm. Następnego dnia przy
paskudnej pogodzie dochodzimy w komplecie z górnej stacji kolejki do naszej
kanciapy w czasie zaledwie jednej godziny. Poprzednio zajęło nam to prawie
dwie. W domku zastajemy dwóch Rosjan i szybko robi się wesoło. Obecność innych
wyraźnie poprawia nasze morale. Co prawda dowiadujemy się przy okazji, że w
kwietniu na Elbrusie zginęło 17 osób i że podobno jest to bardzo tragiczny rok,
ale słucham tego z lekko przymrużonym okiem. Jakoś wydaje mi się to mało
prawdopodobne. Niczego takiego wcześniej nam nie mówiono, a przecież
spotykaliśmy wiele osób. Po szybkim posiłku namawiam Michała na wyjście w
kierunku Skał Pastuchowa. Gdzieś w dwóch trzecich drogi zauważam szybko
zbliżającą się burzę, ale za późno. Zaskakuje nas. Co gorsza jest na naszej
wysokości i zapewne za moment nas ogarnie. Wiem, że nie zdążymy. Nie mamy nawet
pięciu minut. Bezradność piętnuje uczucie ściskającego strachu, ale nie wpadamy
w panikę, zachowujemy spokój. Wkrótce potem jesteśmy w środku piekła. Chmura
korzysta z bliskości podłoża i przepływając przez cały grzbiet wyładowuje się.
Patrzę przed siebie, pod nogi, ale kątem oka widzę liczne wyładowania na brzegu
grzbietu 100 metrów ode mnie. Ponaglam
Michała – bezskutecznie. Sprawdzam, jak bardzo jestem naładowany, zbliżając co
chwilę do siebie kijki. W końcu przeskakuje pomiędzy nimi niewielka iskra i
zaczynam biec. Krzyczę do Michała, ale nie reaguje. Ostatnie 100 metrów do
kanciapy przechodzę z duszą na ramieniu. Przypominają mi się wszystkie
tragedie, gdzie komuś zabrakło 50 czy 100 metrów do bezpiecznego miejsca. Nie
chciałbym, żeby mnie taki pech również spotkał. Serce wali jak oszalałe, ale
siedzę już przy stole. Michał pojawia się bez słowa. Jest skonany i źle się
czuje. Tymczasem domek jest wypełniony ludźmi. Popołudniu przyszli przewodnicy
z liczną wielonarodowościową grupą. Są wśród nich Amerykanie, trzy osoby z RPA,
Anglicy. Wraz z nimi pojawia się „właściciel” kanciapy i ściąga po 200 rubli od
osoby za nocleg. Podobno budował tą chatkę wraz z bratem. W sumie jesteśmy
skłonni w to uwierzyć, w końcu przyniósł cały plecak wyładowany deskami na opał
i rozpalił w kominku. Szkoda, że dym nie tylko uciekał na zewnątrz, ale
niestety również dostawał się do środka, chwilami ograniczając widoczność w
chatce do...dwóch metrów i powodując przy tym duszności. Kilka osób planuje na
jutro atak szczytowy, co więcej, ma być ładna pogoda. Pozostali raczej będą się
aklimatyzować, w końcu dopiero dotarli na wysokość 4100 m w dodatku wjeżdżając
na 3800 m kolejką. Jednak to co dzieje się na zewnątrz nie napawa nas
optymizmem. Trwa kolejna dziś burza. Dwaj sympatyczni Rosjanie, nie widząc
szans na atak w dniu jutrzejszym, w ostatniej chwili, po ciemku, postanawiają
schodzić wraz z „właścicielem”. Po niezwykle smacznej kolacji, uciekając od
wszechobecnego dymu, udajemy się na zasłużony odpoczynek. O drugiej nad ranem
budzi nas niewielkie zamieszanie. Wyjąca na wietrze kanciapa raczej potwierdza
późniejszą informację. Beznadzieja. Wszyscy wracają do łóżek. Mnie jednak
zmusza do wyjścia ciśnienie w pęcherzu. Denerwuję się, że z tak błahego powodu
muszę założyć wszystko na siebie, w dodatku bezszelestnie. Wychodzę na taras.
Aura jest zupełnie „niewyjściowa”, gdzieś w oddali błyskawice rozświetlają
panującą ciemność. Nagle zwracam uwagę na wyraźne buczenie, podobne do tego,
które czasem słyszę przejeżdżając pod liniami wysokiego napięcia. Szukam źródła
dźwięku i natrafiam w ciemności na drut – piorunochron...i...zawracam do łóżka.
Wytrzymam do rana, a jeśli chatka w tym czasie spłonie, to tym bardziej
wytrzymam. Budzę się jak zwykle koło 7 i natychmiast zrywam z łóżka chłopaków.
Pogoda jest tak piękna, jakby to, co nękało nas przez ostatnie dni, było tylko
długim snem. Jest niedziela 27 czerwca 2004
roku.
Chcemy dziś osiągnąć 5100 m, bo na atak szczytowy
jest niestety za późno. Z żalem patrzymy z tarasu na zespoły, które wyszły
kilka godzin przed nami z Prijuta i na te, które do Skał Pastuchowa podwiózł
ratrak spod „beczek”. W tej chwili są już na wysokości ponad 5000m i trawersują
dalej stoki wschodniego wierzchołka Elbrusa. Niektórzy posuwają się bardzo
wolno. Może ich dogonimy? Wychodzimy o 7.55. Nie zabieramy namiotów, bowiem
jeżeli dzisiaj dojdziemy na wysokość 5100m lub wyżej, to tak się
zaaklimatyzujemy, że za dzień-dwa, jeżeli pogoda pozwoli, będziemy mogli
spokojnie startować z kanciapy na szczyt. Zaraz po starcie spotykamy idącego o
kijkach i bez plecaka samotnika. Na pierwszy rzut oka widać, że nie tutejszy...
- Do you
speak English? – pytam.
- Yes.
- So, you...
- Where are
you from? – wtrąca się w słowo.
- Poland.
- Ja też
jestem z Polski.
Marek
przyjechał samotnie zdobyć Elbrus. Okazuje się, że ma na dzisiaj podobne plany
do naszych. Do Skał Pastuchowa zasuwamy po śladach ratraka. Coś nie czuję
takiej mocy, jak wczoraj, ale trzymam się Marka. Idę równym tempem i mijam go
za każdym razem, kiedy on się zatrzymuje, zaraz potem mnie wyprzedza i ponownie
przystaje i tak w kółko. Łukasz z Michałem dochodzą do skał pierwsi i powoli
zakładają uprzęże. Kiedy ich doganiamy, przyznaję, że muszę chwilę odsapnąć.
Marek nie przerywa i idzie dalej. Martwię się o stopy, bo od wyjścia z kanciapy
nie chcą mi się rozgrzać palce. W dodatku nie pomaga poruszanie nimi w bucie.
Podobną sytuację zgłasza Łukasz. Rozgryzamy zamarzniętą czekoladę,
przypominającą kawałek wszechobecnego bazaltu i pijemy herbatę, może to nam
pomoże. Wpinamy się w linę. Niby wokoło nie widać szczelin, ale zbyt wiele osób
nie wraca ze szczytu, żeby to zlekceważyć. Zresztą przewodnicy również wiążą
się ze swoimi klientami. Ruszamy. Na początku mamy problemy ze zgraniem, ale po
przejściu kilkuset metrów zaczynamy się rozumieć. Po zejściu z utwardzonego
przez ratrak śniegu momentalnie zapadamy się po łydki, w dodatku teren coraz
wyraźniej pnie się w górę i sprawia nam większe trudności. Znacznie powyżej
Skał Pastuchowa mijają nas dwaj biegnący Rosjanie w sweterkach. Na wysokości
nerek są przepasani kawałkiem karimaty, ale zaraz rezygnują z dalszego
podejścia i schodzą. Teraz już na pewno jesteśmy ostatni. Za nami nikt już nie
wyszedł nawet na klimatyzacyjną przechadzkę. Łukasz co jakiś czas podaje
wysokość...4810 m - Mt. Blanc...niedługo potem 5000 m. Przychodzi mi na myśl,
że osiągamy te wysokości zadziwiająco szybko. Może idziemy w bardzo dobrym
czasie, tylko presja bycia ostatnimi powoduje negatywne odczucia? Na wysokości
5100 metrów podsuwam chłopakom sugestię: zróbmy go dzisiaj, a jutro chodźmy na
piwo...nie reagują, ale ciągle brną przed siebie w kopnym śniegu. Powyżej 5100
m w jednej chwili robi się znacznie trudniej. Każdy krok okupiony jest
większym, niż do tej pory wysiłkiem. Wyraźnie wzrasta częstotliwość oddechów i
napięcie, że jeszcze nie widać przełęczy. Nie utrzymamy takiego tempa. W końcu
nie nadążamy z wdychaniem tlenu...zadyszka zmusza nas do zwolnienia. Mijają nas
pierwsi zdobywcy schodzący na dół. Są zdania, że pogoda powinna się utrzymać do
wieczora, i jeżeli mamy dobre tempo to możemy jeszcze spróbować. Nadzieja na
sukces sięga do naszych ukrytych rezerw i przyspieszamy. Tuż przed przełęczą
zauważamy Marka oddalonego o 20 minut oraz schodzących ze
szczytu przewodników z liczną grupą zadowolonych klientów. O 14.oo
osiągamy przełęcz pomiędzy wierzchołkami Elbrusa i siedząc na rozgrzanych
słońcem kamieniach zastanawiamy się, co dalej. Jest bezwietrznie i gorąco. W
kanciapie opowiadano nam, że to miejsce jest znane z takich warunków
termicznych. Dopiero tutaj rozgrzewam palce stóp. Czasu mamy bardzo niewiele,
ale decydujemy się na atak. Zostawiam plecak, zabierając z niego tylko aparat i
czekoladę. Dalej jest zalodzony trawers stromego lodowcowego stoku, chyba
najtrudniejszy technicznie odcinek, ale i tak możliwy do przejścia o kijkach i
rakach. Bez plecaka mogę wdychać jednorazowo znacznie więcej powietrza, co
przekłada się na poprawę mojej wydolności. Presja czasu jest tak silna, że
nieustępliwie mobilizuję kolegów i bardzo szybko pokonujemy „trudne” miejsca,
stopniowo zmierzając na plateau szczytowe. Niespodziewanie naszym oczom ukazuje
się olbrzymia ciemna chmura, która czaiła się po drugiej stronie góry. Jest
tuż, tuż. Natychmiast wsłuchuję się w nieprzyjazne odgłosy burzy, dochodzące z
jej wnętrza. Niczego wcześniej nie było ani widać, ani słychać. Co robić?
Jeżeli nas ogarnie...to po nas. Na tej wysokości nie ma żadnych szans. Jestem
skłonny niezwłocznie zawrócić i biec na dół. Chcę jednak chociaż zobaczyć
szczyt. Nie mogąc wpłynąć na zmianę tempa, wypinam się z łączącej nas liny i
podbiegam kilka kroków do góry. Przystaję. Kolejne kilka kroków...widzę szczyt.
Jest bardzo blisko. Może nawet nie 200 metrów. Niewielkie wzniesienie na końcu
śnieżnej równiny. Na myśl przychodzą wielomiesięczne przygotowania, treningi,
koszty, wykorzystany urlop i wreszcie daleka podróż i te pięć dni cierpliwego
wyczekiwania na pogodę. I teraz w jednej chwili można zniweczyć to wszystko i
będąc na wyciągnięcie ręki od celu nawet go nie dotknąć! Trudno przekonać się
do odwrotu w takim momencie, ale należy. Niejednokrotnie ta minuta, dwie mogą
być decydujące. Wyprzedzam Marka. Jest dobrej myśli. Zdążymy. Wymachuję rękami
do chłopaków. Porzucają linę i idą. Niemal biegnę na szczyt. Jeszcze kilka
krótkich postojów na wzniesieniu pod wierzchołkiem i jestem na szczycie
Elbrusa. Mimo, że nie ma czasu na radość, to czuję wewnętrzną euforię, którą
staram się zdusić w sobie, skupiając uwagę na analizie sytuacji. Chmura jest wysoka na wiele
kilometrów, zaczyna się znacznie poniżej nas i sięga prawdopodobnie nawet
dolnych części stratosfery. Klasyczny cumulonimbus calvus, najgorsza rzecz, jaka może przytrafić się
wysoko na Elbrusie. W zasadzie trudno tu o inne zagrożenia dla wytrawnych
trekkerów i alpinistów. Jakimś cudem Elbrus trzyma ją na „sztywno”. Krawędź
kowadła rozpościera się nad nami, ale nie przemieszcza się bliżej. Łukasz jest
kolejnym zdobywcą. Sprawdzamy, jak stoimy z czasem. Jest 15.55. Temperatura na
szczycie minus 16 stopni. Marek wyraźnie zwolnił powyżej przełęczy i ostatnie
metry chyba były dla niego bardzo trudne. Gdy wszyscy są już na szczycie robimy
foty i schodzimy. Pogoda do końca nam dopisuje. O 20.oo jesteśmy w kanciapie.
Ogólne gratulacje i opowieści z dnia dzisiejszego trwają jakiś czas i tylko
Rosjanie, którzy wczoraj zeszli na dół, a teraz
powrócili z zamiarem jutrzejszego ataku, mają czego żałować. Wieczorem pogoda
wraca do normy...a w poniedziałek schodzimy do beczek o GPS-ie w temperaturze
poniżej minus 20 stopni... W czerwcu jest rzeczywiście stabilna
pogoda...stabilnie do d....
Następne
dni spędzamy na popijaniu browców i kąpaniu się w gorących źródłach, których
nie brakuje na Kaukazie. W dzień wyjazdu mamy niesamowite szczęście jeszcze
oglądać Elbrus z dworca w Piatigorsku ponad 100 km od góry. Tego dnia na pewno
kolejne wyprawy miały szansę osiągnąć jego wierzchołek.
Paweł
Sokołowski
KoNIeC