Corno Grande
W ostatnie wakacje żony i (o
zgrozo!) córki wymusiły na nas „wypoczynek” nad morzem, dokładnie na campingu w
pobliżu Neapolu. Nie bylibyśmy z Mirkiem sobą, gdybyśmy nie poszukali czegoś
pionowego w pobliżu. Wybór padł na Corno Grande – najwyższy szczyt Apenin.
Niestety mimo poszukiwań najdokładniejszym opracowaniem tej okolicy dostępnym w
naszym pięknym kraju okazała się... mapa samochodowa 1:200000 (okazało się, że
na miejscu nie było dużo lepiej – 1:50000 dla rowerzystów). W sieci znalazłem dwie
relacje – jedna http://home.t-online.de/home/bergtouren/tour_126.htm
autorstwa Niemca (oczywiście po niemiecku) przejętego wyczynem, którego dokonał
idąc najłatwiejszą z trzech dróg (a więc są trzy drogi!) i drugą - http://www.turystyka-gorska.pl/przew/apeniny.html,
której autor szedł drogą trudniejszą a wracał jak Niemiec. Kilka zdjęć na http://www.snowboardplanet.it/corno%20grande%20scalata.htm
nie wniosło wiele nowego, choć to one okazały się najbliższe prawdy. Po
przeczytaniu opisu rodaka trochę zjeżył mi się włos: „...trzy drogi: łatwa "via normale" płn stokami góry, średnio
trudna zach. granią i bardzo trudna "dieretissima" środkiem płd.
ściany...”; „...olbrzymie piarżysko zamykające dostęp do przełęczy...”;
„...prowadzi po obydwu stronach grani wąskimi półeczkami zawieszonymi nad
przepaścią...”; „...nogi zaczynają mi wpadać w "telegraf"...”.
Czy to nie za trudne dla nas? Co to jest diretissima? A telegraf? Niemiec pisze
coś o „klasycznej via ferrata” – co to takie? No, ale jak Niemiec wlazł, to my
też sobie poradzimy, w końcu mamy tajną broń – lęk wysokości!
Przygotowania zaczęliśmy od zakupu skrzynki piwa i wyciągnięcia znajomej „wspinaczki” do Podlesic. Warto było! Nie mieliśmy pojęcia, że w pionie można się tak bawić, wracamy tam jak tylko stopnieją śniegi – na kurs skałkowy. Niestety, zmartwił nas znajomy Mamuśki (ratownik TOPR) – wyjaśnił, co to via ferrata i określił minimum sprzętu: kask, uprząż i lonża z absorberem energii. Jak nie to mogiła. A my mamy tylko uprzęże i debet na koncie. Nic to – najwyżej pójdziemy „na Niemca”, jak będzie dobrze to granią, diretissima od początku nie wchodziła w rachubę.
Już
we Włoszech w ramach zaprawy wyleźliśmy na kilka pomniejszych (do 1500mnpm)
górek w pobliżu campingu i oczywiście na Wezuwiusza, po czym 14 lipca po
kolacji wyruszyliśmy w kierunku Gran Sasso. Noc przespaliśmy w samochodzie na
ostatnim parkingu przed zjazdem na Assergi i tunelem. Obudziło nas przeraźliwe
zimno – Włochy, lipiec, 6°C. Okazało się, że brak gwiazd na części nieba to nie
„błąd w druku” tylko ściana gór wznosząca się przed nami. Odpalamy maszynę i w
górę – droga wije się najpierw przez las, potem coś jak nasze hale, ale zamiast
owiec pasą się stada koni. Za jednym z zakrętów nagle ukazuje się nasz cel –
odcinający się od zielonych pagórków poszczerbiony skalny ząb oświetlony
pomarańczowym, wschodzącym słońcem. Odlot! Parkujemy przy górnej stacji kolejki
linowej (bezpłatnie – żeby nasi górale to widzieli!), śniadanko i w górę.
Ścieżka się wije po
pagórkach, miejscami ostrzejsze zakosy z ułożonymi schodkami – jak na
Kondratową i dalej pod Giewont. Doganiamy dwóch tubylców, młodszy trochę mówi
po angielsku, są zdumieni - Polacy na wakacjach, nie w pracy? Namawiają nas na
diretissimę, że łatwa, że sobie poradzimy, że szkoda nadkładać drogi dookoła.
Pomni dramatycznych opisów twardo obstajemy przy swoim – idziemy „na łatwiznę”
bo nie damy rady.
Dlaczego nas zaćmiło? Oni nie mieli ŻADNEGO sprzętu!
Tylko małe plecaczki z wodą i kanapkami. A my jak te gupki leśne wystraszyliśmy
się opisu wyolbrzymionych niebezpieczeństw i trudności (jak znajomi
przeczytają, jak było trudno wyjdę na bohatera, a i tak nikt tam nie pojedzie,
żeby sprawdzić). Nigdy więcej nie uwierzę w opis trudności trasy w necie (aż do
następnego razu).

Góry piękne, choć zupełnie
inne, niż nasze Tatry czy Beskidy. Zielona, pofałdowana powierzchnia usiana
zagłębieniami, jakby ktoś pozbierał kamienie i zostawił po nich dołki,
miejscami płaty śniegu i z tego wystaje ściana podparta szerokim piargiem.
Ścieżka przecina piarżysko po skosie w stronę przełęczy, trochę wąsko, ale 2-3
osoby mogą iść obok siebie („...jak
najdelikatniej, każdy gwałtowniejszy ruch powoduje osuwanie się żwiru...”).
Za przełęczą droga rozdeptana szeroko jak na Czerwonych Wierchach, oznakowanie
rzeczywiście kiepskie, przez lornetkę szukamy następnych znaków i wymyślamy,
którędy mógł iść szlak (rodak miał gorzej – mgła). Po wejściu na grań zaczyna
się najlepsze – technicznie łatwo, łatwiej niż na Krywań ale po lewej kawałek
skały i strome zbocze do „via normale” a po prawej ściana schodząca w dół do
piargu, który przeszliśmy trawersem. Właśnie takie górki lubię – dookoła
przestrzeń, widoki jak marzenie. Na tym odcinku spotkaliśmy to, co Niemiec
nazywał via ferrata – dwa kawałki zardzewiałej poręczy długości jakieś 1,20m
łącznie przypominające bardziej nasze klamry do trzymania niż stalową linę do
asekuracji.
Przed szczytem ściana jest już po obu stronach, ta
po prawej to pion, w dole biało, coś jakby lodowiec. Wreszcie szczyt i widok na
Adriatyk, wszystko wokół jakieś takie małe, nieważne. Siedzimy, nic nie mówimy.
Ludzie przychodzą i odchodzą, wpisują się do książki pamiątkowej (my też). Na
zboczu niższego, wschodniego wierzchołka widać jakąś czerwoną budkę –
schronisko samoobsługowe, po Corno Piccolo przesuwają się mróweczki – ktoś
zjeżdża na linie po pracowitym dniu w ścianie. Chętnie bym tu wrócił z lonżą,
jest kilka fajnych via ferrata na wschodnim wierzchołku i Corno Piccolo, byłoby
co robić przez tydzień.
Po jakichś dwóch godzinach
schodzimy, diretissima nadaje się raczej do wejścia, granią już szliśmy, więc
idziemy na północ – zaj... widok na północną ścianę obu wierzchołków Corno
Grande i Corno Piccolo po drugiej stronie, to białe w dole to rzeczywiście
lodowiec (właściwie lodowczyk). Szlak schodzi zakosami na piarżysko, za nami
idzie dwójka starszych Austriaków w towarzystwie poznanego na szczycie Włocha
więc co chwila osuwają się kamienie (nie są zbyt ostrożni), musimy trochę
uważać, żeby nie zarobić w potylicę. Dalej już łatwizna – włoska wersja
ceprostrady, tylko na piargach poniżej przełęczy gubię drogę i o mało nie
zjeżdżam na d... w dolinę.
Przed 16-tą jesteśmy na parkingu, teraz pełnym
samochodów, kolejka wwozi tabuny „turystów”, w tym naszych rodaków w plażowych
klapkach (pewnie dzisiaj opowiadają, jak to byli „w górach” i spotkali takich
dwóch, co weszli na taaaką wielką górę). Obok naszej Toyoty kilku Włochów
pakuje szpej do rozklekotanego busa, zamieniamy parę słów. Okazuje się, że
najbliższe miasto, L’Aquilla, to miejscowa mekka wspinaczy. Bierzemy adres
sklepu ze sprzętem i walimy jak w dym – nie autostradą tylko bokiem, przez
wsie. Wzdłuż drogi co chwilę skały, stoją samochody, ludzie się drapią jak w
Podlesicach tylko ścian jest kilka razy więcej. Sklep znaleźliśmy, zaopatrzony
super, niestety ceny dużo wyższe niż u nas więc wracamy na autostradę, wrzucamy
180 na licznik i przed północą jesteśmy na campingu.
Kilka dni później, już w drodze powrotnej, jedziemy
znów tą samą autostradą. Góry widać do połowy, szczyty w chmurze, błyska,
pada... Jednak mieliśmy szczęście!
Piotrek