Pokonać swój Everest
Wpisany przez Magda   
  1. listopada

W mojej głowie rodzi się pomysł . Jak zwykle dosyć spontaniczny, na szybko. Decyzja zapadła, jadę na Babią, termin: 6 grudnia. Samo podjecie decyzji to jednak dopiero połowa sukcesu. Mamy zimę, śniegu w górach jest mnóstwo, a ja póki co nie mam ani auta ani ekipy ani planu. Ale czy to kiedykolwiek było przeszkodą?

 

  1. listopada

Rzucam temat w eter znajomych.

Dochodzą do mnie głosy, że to wysoce nieodpowiedzialne, że czemu zimą, że spoko ale nie w tym terminie, czemu na Babią, czemu teraz? Po dwóch zdaniach wiem czy ktoś jest zainteresowany wyjazdem czy nie. Zdaje sobie jednak sprawę, że tym razem samotna wędrówka nie wchodzi w grę. Nie jest to ośmiotysięcznik ale w końcu mamy zimę a ja jestem tylko drobną kobietą, którą a) mogą zjeść wilcy i niedźwiedzie b) może zwiać wiatr na orawską stronę Beskidów c) mogę sobie skręcić kolano i nikt mnie nie uratuje = potrzebuje towarzyszy.

Pod koniec dnia mam Ryśka, Boba z Janem, Przemka i Potita. Łącznie ze mną sześciu wspaniałych. Parzysta liczba, idealna w góry, zawsze można podjechać gdzieś stopem parami, każdy ma teoretycznego jednego partnera, jest dobrze.

Pora na plan. Pomaga mi Rysiek, jako jedyna już zdobyła ten szczyt, co prawda nigdy zimą, ale zawsze. Ja jak zwykle wczytuje się w opisy tras, słucham znajomych.

Zaczynają się jednak schody. Gliwice mimo, że są jednym z największych miast na Śląsku, miewają problemy z komunikacją. Samo dostanie się do Suchej Beskidzkiej będzie wymagało nie lada wyczynu, zwłaszcza dla Przemka z dojeżdżającego z Wrocławia i Potita z Jastrzębia. Możemy wybrać też wariant bezpośredniego dojazdu z Katowic, ale wyjechalibyśmy o 10, stanowczo za późno. Decydujemy się na jedyne rozsądne wyjście jakim jest dojazd do Krakowa pociągiem i stamtąd PKS’em do Suchej. Co prawda będzie trzeba wstać o 4 rano, ale czego się nie robi dla gór.

  1. listopada .

Nigdy nie może być za prosto. Piętrzenie się trudności jest próbą, można odpuścić i nie jechać, albo starać się znajdować rozwiązania. Wychodzę z założenia, że wszystko się da. Przemek ni jak nie dostanie się do Gliwic na 5 rano. Ja mieszkam najbliżej dworca. Po dłuższych pertraktacjach przystajemy na wersji, że zatrzymuje się u mnie noc wcześniej i rano razem startujemy. Podobnie ma się sprawa z Potitem. Mimo, że Jastrzębie jest bliżej, połączenia nie będzie. Jeżeli nie przenocuje go kolega, będę mieć dwóch mężczyzn pod swoim dachem. Niezwykle kusząca to propozycja.

1 grudnia

Do wyjazdu 5 dni. Przecież to nic takiego. Góra nie przekracza dwóch tysięcy metrów ponad poziomem morza. Nie potrzeba raków, czekana i niczego w tym stylu. Perć Akademicka jest zamknięta, idziemy prostym szlakiem, to skąd te nerwy?

Zaczynam sprawdzać komunikaty pogodowe. Informacje z nich płynące nie są zbytnio optymistyczne, ale przestało mnie to przerażać.

No zaraz, przecież nie będzie tak źle, to tylko Babia. No dobra, czasami zaczynam myśleć, że Aż Babia.

2 grudnia

Potit sygnalizuje, że jest chory. Może się nie wykurować do soboty. Zaczynam się martwić, że innym stan zdrowia też się pogorszy. Na jakie straty osobowe mogę sobie pozwolić? Dobrze, nie uprawiajmy czarnowidztwa, nie ma co gdybać. Jeżeli do piątku będzie nas minimum trójka to jedziemy.

Święty Mikołaj szybciej nas znajdzie jeżeli będziemy bliżej nieba.

4 grudnia

W piątek wieczorem przyjedzie Przemek i rano spotykamy się wszyscy na dworcu. Plan wydaje się być dobry, nie powinno być problemów. W sumie to zawsze dojazd jest najbardziej stresujący. Istnieje największe prawdopodobieństwo odwrotu. Na szlaku już się idzie, ale najpierw trzeba tam dotrzeć, później już z górki.

6 grudnia

Pociąg o 5.05 jest zjawiskiem niehumanitarnym. Stawiliśmy mu jednak czoła. Rysiek, Bob, Jan, Przemek i ja, Potita dopadła grypa. Ludzie o takich godzinach nie funkcjonują normalnie. Wyglądamy jak zaćpani, śmiejemy się z byle czego. Humory nam dopisują. W przeciwieństwie do pani na dworcu, która zapowiadając odjazd brzmi, jakby miała zaraz umrzeć.

Jedziemy do Krakowa, które według planu mamy najprawdopodobniej zwiedzić w drodze powrotnej, Ryśkowi trochę się ten pomysł nie podoba, ale nie ma wyboru i tak będziemy długo czekać na pociąg.

Nigdy nie odwiedzany przez nas, dworzec PKP szokuje nas swoim zagmatwaniem. Szukając autobusu do Zawoi, całkiem nieświadomie pozwalamy mu odjechać z podziemnej części. Zaczynają się pierwsze kłopoty. I co teraz? Wracamy, jedziemy gdzie indziej? Ula proponuje domek jej babci. No ale co tam będziemy robić? Jestem z natury uparta, więc zaczynam się powoli denerwować.

Nie rezygnuje tak łatwo z powziętych celów.

Postanawiamy sprawdzić pociąg do Suchej Beskidzkiej. Okazuje się, że jest 8.19. Spoglądam na zegarek, 8.19. Na szczęście opóźniony 10 minut. Udaje nam się kupić bilety i wbiec do zbawiennej osobówki.

Poruszamy się jak mucha w smole, ale wychodzące słońce dodaje nam optymizmu i wiary w to, że dobrze robimy, tylko Rysiek zaczyna marudzić.

Jak się okazuje w Suchej musimy czekać tylko 20 minut na busik zawożący nas pod samo rozpoczęcie się szlaku. Jednak Rysiek zaczyna snuć czarne wizje. Nie reaguje na moje wkurzanie się i okrzyki, że choćby skały srały wejdę na tą górę! Twierdzi, że nie dojdziemy, że nie ma bata, że robi się późno, jak później wrócimy, to nie ma sensu, a ten bus i tak nie przyjedzie.

Na przekór- przyjechał. Co prawda jechał ponad 20 minut i zaczęliśmy się obawiać czy stać nas na zapłatę za przejazd, ale skasował nas za 3 złote od łebka.

W Zawoi Markowe przygotowując się do wyjścia zauważamy auto z Gliwic. Samotny pan również wybiera się na Babią. Nie wiem jednak czy udało mu się zdobyć szczyt, dosyć znacznie go przegoniliśmy.

Trasa wydaje się być łatwa, więcej błota niż śniegu. Jest ciepło, idziemy w samych polarach. Ekipa śmieje się ze mnie, że mam babciny stajl, przez moją czapkę z pomponem i długi wełniany szalik.

Kąt nachylenia stopniowo wzrasta, śmiejemy się, że Jankowi będzie trzeba podać tlen. Zaczyna się robić coraz bardziej biało, choinki są pokryte lodem. Można nie źle się wywrócić, schodzenie tędy może być interesujące.

Dochodzimy do głównego punktu orientacyjnego jakim jest Schronisko PTTK na Markowych Szczawinach. Małym i niewidocznym mankamentem jest fakt, ze pozostaje ono w remoncie wraz z budową nowego. Na Markowych otwarto tylko małą stacje GOPRu. Nie tracąc czasu na zbędę postoje napieramy dalej.

Teraz zaczyna robić się ciekawiej. Szlak pokryty jest już dosyć grubą warstwą śniegu. Żeby nie było nam zbyt pięknie i wesoło podejście straszy swoją pionowością. Zaczynam żartować, że trzeba było wziąć raki, trudne warunki, jednak poprawiają nam humory.

Zauważamy ścigającą nas ekipę. Nie no, nie może być tak, że nas wyprzedzą. Powolny lecz sukcesywny wzrost adrenaliny powoduje podkręcenie naszego tępa. O ile się da, w grząskim śniegu.

W końcu dochodzimy na Przełęcz Brona. Według Ryśka i mapy, cel jest już blisko. Zachwycamy się jednak widokami. Oglądanie chmur wiszących w powietrzu i miasta bez kropli śniegu brodząc w nim po kolana, jest niesamowite. Droga, która nam pozostała zapowiada się mroźna i wietrzna, bez ochrony drzew. Postanawiamy strzelić pamiątkowe zdjęcie, ubrać grube kurtki i walczyć.

Przygotowując się do drogi napotykamy starszych państwo. Ściślej dwóch dziadków i babcię. Pełen profesjonalizm, zawsze po cichu podziwiam starszych ludzi wchodzących na góry, gdzie ja sama nieźle się meczę. Dziadki śmieją się same z siebie, a babcia z facetów najbardziej. Ostrzegają nas jednak, że wyżej wieje jak diabli i wykrzywia nawet kije trekkingowe i pokazuje nam swój. Jednocześnie pytają, czy nam się chce i po co tyle zachodu. No ok., dobre pytanie, ale czy oni spojrzeli na siebie? Są po sześćdziesiątce i nas pytają czy nam się chce? Troszkę zaniepokojeni, ale z wiarą we własne możliwości idziemy na przód. W końcu, choćby skały srały, wejdę.

Przemieszczamy się w coraz to wyższe partie góry, na około nas leży zmrożona kosodrzewina. Zaczynamy rozumieć, co starsi państwo mieli na myśli mówiąc silny wiatr. Na nielicznych choinkach widać kilku centymetrową warstwę lodu. Im dalej tym trudniej odnaleźć nam szlak.

Widoczność drastycznie się zmienia. Czujemy się, jakbyśmy chodzili w mleku. Idziemy już dosyć długo i każde podejście wydaje się nam być tym ostatnim. Idziemy gęsiego, blisko siebie, ryzyko wypadku zaczyna dochodzić do naszej świadomości. Rozumiem, że niektórzy mogli tu zabłądzić. Spoglądając na lewo widzę rozpościerającą się przepaść na słowacką stronę. Napięcie zaczyna wzrastać. Powinniśmy już być na miejscu, a tu nic. Nagle, nie wiadomo skąd pojawia się przed nami para innych turystów, twierdzą, że do szczytu jeszcze kawałek. Nie poprawia to naszych nastrojów. Wiatr utrudnia poruszanie się. Prawie pół metrowe lodowe osady na tyczkach oznaczających szlak mówią nam o połączonej sile działania, mrozu, śniegu i wiatru.

Krajobraz od dobrych 30 minut się nie zmienia, nie widać nic. Nagle widzimy dwójkę ludzi unoszących się w powietrzu. Podchodzą wyżej zauważamy wzniesienie, napotkane chłopaki mówią, że do szczytu już kawałeczek.

Mimo bolących kolan prawie wbiegam na szczyt, szukając upragnionej tabliczki z napisem Diablak 1724,6 m n.p.m.. Ledwo ją widać spod śniegu i ukształtowanego wiatrem lodu, ale jest.

Jest szczyt. Udało się.

Chowamy się za kamiennym wałem, będącym teraz całkowicie ośnieżonym. Będąc dalej w uniesieniu zdobycia szczytu nie odczuwamy temperatury. Pijemy herbatę, jemy kanapki, robimy zdjęcia.

Widoków nie ma. Lecz w pewnym momencie wiatr przegania mgłę i naszym oczom ukazuje się miasto, do tego promienie słońca przebijają się z za naszych pleców, efekt jest niesamowity. Wpatruję się w to zjawisko by głęboko wryło mi się w pamięć. Na szczyt dochodzi do nas goniąca grupa. Wszyscy są szczęśliwi, że mogli się tam znaleźć, że się udało. Pamiątkowe zdjęcia i czas wracać. Zaczynamy odczuwać panującą temperaturę. Szkoda, że nie wiemy ile jest, choć może to i dobrze, bo temperatura odczuwalna mogłaby nas przerazić. Decydujemy się na odwrót.

Żegnamy drugą ekipę, oni planują nocować na Słowacji, my zwiedzić jeszcze dziś Kraków. Po paru krokach zaczynam żałować, że przez chwilę ściągnęłam rękawiczki. Ręce bolą mnie jak nigdy, naprawdę zaczynam się martwić. Ruszam nimi tak szybko jak tylko mogę i w końcu przechodzi. Teraz zaczyna się walka z czasem, ostatni bus odjeżdża nam z Markowych chwile po 18, nie mamy za wiele czasu, musimy nadgonić jakieś 40 minut. Na szczęście przemieszczanie się w dół nie jest tak problematyczne w śniegu niż w górę. Robimy użytek z warunków i zjeżdżamy niczym w bobslejach. Dzięki temu znacznie skróciliśmy trasę powrotną.

Ściemnia się, GOPRówce strzelamy sobie tylko pieczątki do książeczek PTTK i ciągniemy w dół. Byle szybciej. Wydawało się, że gdy zejdziemy już poniżej linii śniegu, będzie już króciutko do dołu. Przeliczyliśmy się jednak. Trasa wydaje się nie mieć końca. Zaraz będzie trzeba wyciągnąć latarki. Ale i na to nie mamy czasu, prawie zbiegamy w dół, byle by PKS nam nie odjechał sprzed nosa.

Widzimy już bramę parkingu i jest! Stoi! Prosto do Krakowa. Idealnie, zdążyliśmy. Przebranie się w autobusie mimo wszystko nie stanowi większego problemu. Oczywiście mi zajmuje to najdłużej, no ale muszę być gotowa na Kraków. Jeszcze tylko jakieś półtorej godziny jazdy i będziemy w starej stolicy na zapiekankach.

Teraz pora na drzemkę opierając się o drżącą szybę. Dalej jesteśmy pod wrażeniem swojego wyczynu. Może to nic, ale dla nas to kolejne przekroczenie swoich granic.

Każdy ma swój Everest. Sęk w tym by tą linię rekordu przesuwać coraz dalej.

Dojechaliśmy do Krakowa.

Może nie wyglądamy jak standardowi turyści, z plecakami, zimowymi kurtkami i dość sporym wyrazem zmęczenia na twarzy. Nasz pociąg przyjedzie dopiero za dwie godziny, mamy czas.

Postanowiliśmy pójść, na ponoć znakomite, zapiekanki na Kazimierzu. Jako że świat bywa niezwykle mały, spotykamy dwie koleżanki przebywające akurat na jakimś turystycznym festiwalu. Przesławne zapiekanki znajdują się na małym placyku, w tej zabytkowej dzielnicy. Na środku placu ustawiona jest wielka budka w której znajduje się kilka „barów” z zapiekankami różnej maści. Wszędzie zapiekanki wydają się być podobne, a mimo to do jednego okienka kolejka jest największa, gdzie oczywiście się ustawiamy. Po czasie, jednak wygrywa mój głód i idę do innej budki, gdzie dostaję swoją kolację raz dwa. Nie żałuję wyboru, w przeciwieństwie do pozostałych. Jednogłośnie stwierdzili, że moja była lepsza niż ich. Nie mamy już za wiele czasu na rekonesans Krakowa, sama obecność nam jednak wystarczy. Robimy małe zakupy w supersamie i żegnając się z koleżankami udajemy się na pociąg.

Nasza forma jest jednak słabsza niż myśleliśmy, w pociągu prawie natychmiast wszyscy zasypiamy. Nastawianie budzika było niepotrzebne, budzimy się naturalnie gdzieś 5 minut przed Gliwicami.

Pora się zbierać. Żegnamy się z Przemkiem, który jedzie bezpośrednio do Wrocławia i wychodzimy na nasz piękny dworzec.

Jest gdzieś pierwsza w nocy. Czeka na nas tylko Witek, brat Boba, porozwozi ekipę do domów. Ja mam blisko, więc nie ma problemu.

Rozstajemy się w poczuciu dobrze wykonanej roboty, 300% wyrobionej normy.

Babia Góra czaruje, trochę straszy, stawia wymagania. Wejście na nią dostarcza niesamowitych emocji, zarówno tych fizycznych jak i emocjonalnych. Na pewno uczy pokory i wytrwałości. Zawsze kiedy jest ciężko i zastanawiam się dlaczego tak się meczę przypominam sobie ile taka wyprawa mi daje i nigdy nie żałuje gdy jestem na szczycie.

Bo nie można zawrócić z drogi do zdobywania swoich marzeń.