APENINY Apeniny. Ilu z nas wie cokolwiek więcej o tych górach niż to co uczyło się w szkole. Owszem, orientujemy się że leżą we Włoszech, bo wszak to płw. Apeniński ale są to jedyne informacje które mamy o tych górach. Brak jest na polskim rynku opracowań turystycznych tych gór, które przecież nie są aż tak bardzo odległe od nas. I dokładnie tylko tyle wiedzieliśmy i my. Aż do dnia w którym siedząc w zalewanych deszczem od tygodnia Alpach pod Monte Rosa podjęliśmy z Kasią decyzje o poszukiwaniu słońca w górach. No a gdzie go można szukać jak nie w środkowych i południowych Włoszech. Rzut okiem na mapę samochodową był dla nas zaskoczeniem. Ok. 100 km na wschód od Rzymu na mapie wznosi się masyw Gran Sasso d'Italia o wysokości max. 2912 mnpm. To przecież wyżej niż nasze Karpaty, czy np. Alpy Julijskie w Słowenii. A jeśli te góry są na mapie, no to ... decyzja jest szybka - jedziemy. Z doliny Aosty do L'Aquila miasta położonego u stóp masywu Gran Sasso jest ponad 800 km. Ale dzięki doskonałym, włoskim autostradom (niestety koszmarnie drogim) szybko mkniemy na spotkanie nieznanych gór. Pierwszy raz jedziemy w góry o których nie wiemy nic, nie mamy map turystycznych, nie wiemy jakiego są typu, czy są ostre, czy to raczej połogie wierchy. Tajemnica co do budowy gór rozwiewa się dopiero po minięciu L'Aquili, autostradę w kierunku Adriatyku przegradza wysoki mur gór wapiennych przypominających nasze Tatry Zachodnie nad którymi góruje wspaniała ściana skalna najwyższego szczytu całych Apenin Corno Grande. A to już przypomina inne góry, te najpiękniejsze - Dolomity. Noclegi można znaleźć praktycznie tylko w Fonte Cerreto - dolnej stacji wyciągu Funivia del Gran Sasso gdzie znajdują się trzy hotele i malutki camping. Camping prowadzi awangardowe małżeństwo, ceny noclegu jak na włoskie warunki są niskie (dla dwóch osób z namiotem - 28000 ITL\dobę), warunki dobre a atmosfera cool. Znajduje się tu też kilka knajpek i sklep gdzie można kupić tylko mapy i coś do picia. Masyw Gran Sasso d'Italia zbudowany jest podobnie jak całe Apeniny ze skał wapiennych, a więc pełno jest w nim jaskiń. Jest to też region aktywny tektonicznie, samo miasto L'Aquila kilkakrotnie w swej historii było niszczone przez trzęsienia ziemi, stąd cały region jest słabo zaludniony. Klimat cechują częste burze bowiem nad górami spotykają się morskie fronty atmosferyczne znad M. Śródziemnego i Adriatyku. Gęsta sieć szlaków turystycznych znajduje się tylko w rejonie Corno Grande, w pozostałych częściach masywu ścieżek jest mało i są one słabo uczęszczane. Szlaki poprowadzone są o zróżnicowanym poziomie trudności, są łatwe, trudne, jest też kilka klasycznych "via ferrat". Turystów jest niewielu i nawet wspinaczkę na Corno Grande podejmują nieliczni. Najwyższy szczyt Apeninów posiada dwie kulminacje; główny (zachodni) szczyt to Vetta Occidentale (2912) i wschodni - Vetta Orientale (2880). Bramą wyjściową w góry jest płaskowyż Campo Imperatore ok. 2000 mnpm, który zasłynął podczas II wojny światowej z brawurowej akcji niemieckich spadochroniarzy dowodzonych przez Skorzenego, którzy odbili więzionego (w znajdującym się tutaj hotelu górskim) po kapitulacji Włoch w 1943 r. Mussoliniego. Na Campo Imperatore można dostać się z Fonte Cerreto w dwojaki sposób: kolejką linową lub własnym samochodem asfaltową drogą. Po zaopatrzeniu się w mapę podjęliśmy decyzję o zdobyciu przez nas głównego wierzchołka Corno Grande (2912 mnpm). Wiodą na niego trzy drogi: łatwa "via normale" płn stokami góry, średnio trudna zach. granią i bardzo trudna"dieretissima" srodkiem płd. ściany. Zdecydowaliśmy się na wejście zachodnią granią i zejście drogą normalną.
W tym roku góry się na nas uwzięły, szukaliśmy słońca a tymczasem dzień naszego "ataku" na Corno Grande był pochmurny. Zdesperowani wsiedliśmy do "perełki" i po 30 min. byliśmy na Campo Imperatore. Buty na nogi i w górę. Zaczynamy od łagodnego podejścia na przeł. Sella di M. Aquila (2335) Szczyt Corno Grande schował się w chmurach, obserwujemy szare tumany i zastanawiamy się co z tego wyniknie. Groźnie a zarazem pięknie wygląda kłębiąca się szara wata na zach. grani i w żlebach płd. ściany. Strzępy chmur błądzą po kuluarach, grzędach i filarach, robi to niesamowite wrażenie. Po ok. 1 godz. Dochodzimy do pierwszego, trudniejszego miejsca drogi. Aby dostać się na kolejną przeł Sella del Brecciaio (2506) na której zaczyna się zach. grań. należy pokonać wąską ścieżką olbrzymie piarżysko zamykające dostęp do przełęczy. Wygląda to nieciekawie. I tu przykra niespodzianka, Kasia mówi, że dalej nie idzie, że dziś nie da rady. Jestem zaskoczony i pomimo prób perswazji nie zmienia zdania. No cóż podejmuję decyzję iść sam. Z mieszanymi uczuciami, ostrożnie wchodzę na piargi, staram się iść jak najdelikatniej, każdy gwałtowniejszy ruch powoduje osuwanie się żwiru. Po 30 min. jestem już na przełęczy. Chmury schodzą coraz niżej, widoczność sięga kilkudziesięciu metrów. Z mapy wynika, że moja droga zach. granią powinna zacząć się gdzieś tutaj i rozdzielić od "via normale". Ale dalej szeroka ścieżka wiedzie stokami Corno Grande oddalając się od grani. Znakowanie jest fatalne, nawet w słoneczny dzień można się tu pogubić, a co dopiero przy tej pogodzie. Idę niepewnie dalej, aż po parunastu minutach dochodzę do jakiegoś rozstaju, na kamieniu jest coś po włosku napisane (oczywiście niezrozumiale) ale odchodząca nikła ścieżka prowadzi w stronę grani. Znaczy się chyba tędy. Po 10 minutach łatwej wspinaczki dochodzę do ostrza., Ścieżka raz po raz prowadzi po obydwu stronach grani wąskimi półeczkami zawieszonymi nad przepaścią. Nie ma tu jakiś wielkich trudności technicznych ale totalny luft na obydwie strony robi olbrzymie wrażenie. Im dalej tym ekspozycja jest coraz większa. Widoczność jest na tyle wystarczająca, że widać już wierzchołek, choć pomimo iż idę bez odpoczynków to jakoś nie chce się on przybliżyć. Jestem już zmęczony, i wiele bym dał aby grań się wreszcie skończyła. Szlak którym idę nie jest zbyt uczęszczany, co wynika ze słabo przedeptanej perci i poluzowanych, nielicznych ubezpieczeń. Dzisiaj jestem tu sam i daje mi to wspaniałe uczucie samotnego obcowania z górami. Po godzinie lawirowania pomiędzy otchłanią przepaści, a skałami na grani szczyt wydaje się być już na wyciagnięcie ręki. Ale tak mi się tylko zdaje, jeszcze jedna pólka skalna, znowu trzeba trochę zejść by potem wspiąć się jeszcze wyżej, a czas leci (pot z czoła zresztą też). Ostatnie metry przed wierzchołkiem są niesamowicie eksponowane, nogi zaczynają mi wpadać w "telegraf", pionowe zerwy ściany zach. są pode mną. Ale jazda. Powinni to jakoś ubezpieczyć ... Stoję obok maleńkiego krzyża na szczycie, właściwie to czuje tylko zmęczenie. Nawet pić mi się nie chce. Jest niesamowicie cicho, wokół mnie "białe mleko", nie ma wiatru. Powoli trafia do mnie, że już po wszystkim, że grań już za mną, przygoda się kończy. Robi mi się smutno, że nie ma tu Kasi, ale to może lepiej łatwiej będzie mi się schodziło, nie będę się tak stresował. Szkoda, że nic nie widać, ponoć stąd widoczny jest nawet Adriatyk. Ale to nic, jestem na najwyższym szczycie płw. Apenińskiego, górze pięknej i teraz tylko to się liczy.
Zacznę chyba już schodzić, pewnie Kasia tam na dole się bardzo denerwuję. Oczywiście jak zwykle 15 minut tracę na znalezienie początku drogi zejściowej (a właściwie końca "via normale"), to normalne w górach włoskich, znakowanie mają w nosie. W końcu schodzę instynktownie, tak jak zejść się da i po kwadransie trafiam na znaki, uff w końcu 15 lat chodzenia po górach na coś się przydaje. Górna partia "via normale" jest bardzo stroma, nie ma to jak styl "pajączka". Po drodze mijam pierwszych ludzi, dwóch Włochów ciągnących za sobą do góry przerażoną dziewczynę. Skąd ja to znam ...? Przyśpieszam kroku, pewnie będzie burza, jeszcze tylko ostrożnie po piargach i już widać moją "mychę". Bała się o mnie, nie było mnie prawie 3 godz., dobrze, że nie miała zegarka ... Aha, podczas zjazdu z Campo Imperatore zaczyna się burza. Corno Grande żegna się z nami, czy było nam ze sobą aż tak źle ...? Sylwek powrót do poprzedniej strony
|