Kaukaz - Elbrus - Gwarantowana zmiana klimatu
Wpisany przez Konrad   

ROSJA-KAUKAZ-ELBRUS - GWARANTOWANA ZMIANA KLIMATU


Siedzę sobie na śniegu. Z boku kawałek skały z wyrytym jakimś napisem, metalowa tablica jakby niepotrzebna. Próbuję nie zwracać uwagi na silne podmuchy wiatru. Dla świętego spokoju wbijam nawet czekan - tyle o ile pomaga w zachowaniu pozycji. Szorując tyłkiem obracam się wokół jego osi. Nie mogę się zdecydować. W końcu mój wzrok skupia się na imponującej ścianie szczytów.Anita na szczycie Kilka z nich wyróżnia się strzelistością no i wysokością. Dwa jakby się do siebie przytuliły. Wszystkie piękne, surowe za sprawą barw - tylko szarość skał biel śniegu. Lekko na lewo widzę znajomy już lodowiec zwany przez tutejszych Siódemką. Ciekawe która to Ushba? Aaa... chyba już wiem. Gdzieś tam jest też Shkhelda, bliżej, Shkhara, Dykhtay ... Obracam się o 180 stopni i żałuję, że nie studiowałam atlasu przed wyjazdem. Takich formacji w życiu nie widziałam. Patrzę na nie z Góry więc wyglądają jakby trochę spłaszczone, "osnute mchem" w kolorach od spalonej rudości, brązu w wielu tonacjach po zieleń zupełnie butelkową. Zero śniegu. Są czymś nierealnym, miękkim. Całość sprawia wrażenie labiryntu, pociętego kanałami. Wygląda to tak, jakby niesamowita siła wyżłobiła sobie drogę w ziemi tworząc korytarze, które momentami są równe - wręcz symetryczne, to co zostawiła w spokoju wystaje powyżej i ma dziwne jak na góry kształty. Nie to nie tak ! Poddaję się ! Wrażenie jest .... nie do opisania słowami. By to zobaczyć po prostu trzeba wejść na Elbrusa!

Wysokość ponad 5600 m gwarantuje niezapomniane widoki. Elbrus góruje nad wszystkim co wkoło i choć sam nie grzeszy urodą, to można mu to spokojnie wybaczyć szczególnie, gdy tak jak nam dopisze słoneczna pogoda przy wejściu.

No właśnie wejście. Przy ograniczonym czasie lub chęci do tuptania można wjechać kolejką na wysokość około 3800 m. Dwa etapy w wagoniku (wygląda i telepie się strasznie) i trzeci na krzesełku. Nie ma czasu na podziwianie widoków - trzeba bowiem modlić się by nic się nie urwało. Sprawiedliwie dodam, że niekoniecznie dlatego bo to "ruskie" urządzenia. Ja w ogóle nie znajduję przyjemności w korzystaniu z tego typu środków lokomocji (w końcu we Włoszech też spadają choć z innego powodu - samoloty latają za nisko).
Ostatnia stacja kolejki to Garabashy tzw. boczki, czyli autentyczne beczki podobno po paliwie rakietowym. Ustawione w równym rzędzie, w pozycji horyzontalnej oczywiście, a przeznaczone na nocleg dla potrzebujących. Całość wygląda mało zachęcająco. Widoku dopełnia budynek kolejki, w którym spotkać można kogoś ze służb ratowniczych (rosyjski GOPR=KSS) i metalowy hangar mieszczący ratraki. Tak, tak dalej też można się przejechać i w ogóle nie męcząc znaleźć bardzo wysoko. Podobno to (czyt. ratrak) potrafi wjechać niemal na szczyt! Nie widziałam takiego podjazdu, ale już wierzę, że w Rosji wszystko jest możliwe.Stary i nowy Priut Dalej utarty - tzn. utarty był gdy i my tam byliśmy - przez wspomniane ratraki szlak prowadzi w górę, gdzie na wysokości około 4200 m. po lewej stronie pojawia się zjawisko w postaci spalonego Priut. To najwyżej położone schronisko w Kaukazie. Wygląda żałośnie szczególnie gdy podejdzie się bliżej, a to za sprawą syfu jaki tam panuje (tego nie będę opisywać). Kiedyś musiał wyglądać OK. niebieski, owalny w kształcie łodzi. Warto jednak nieco zboczyć z trasy.
Powyżej tego co zostało - obserwując pamiątkowe tablice umieszczone na niewielkiej skale - można nabrać respektu dla miejsca, w którym się znalazło. Zostało tam wielu często bardzo młodych ludzi - oczywiście mowa głównie, o ile nie jedynie o Rosjanach. Budynek, który jest poniżej (z tego wynika : są dwa) doczekał się już nowego dachu, roboty trwają... i jeszcze potrwają sądząc po ruchach jedynego pana, którego tam wdziałam zajętego oglądaniem desek - nie, to nie był turysta, który szykował się do wieczornego ogniska!
Niewiele wyżej niemal w linii prostej niespodzianka! Drewniana "skrzynka" czyt. zastępnik schroniska. Pewien kierowca karetki pogotowia i stomatolog postanowili zrobić interes. Pożyczyli 500 $ i postawili schron dla około 15 osób. Mieliśmy przyjemność (alternatywa namiot) przeczekać w nim kaprysy pogody. Wiało i sypało okrutnie przez ponad dobę. Umilaliśmy sobie czas m.in. polską grą w rosyjskie karty. Nocleg kosztował każdego z nas 100 rubli, w ramach których mogliśmy skorzystać z kuchenki gazowej (takiej prawdziwej z 4 palnikami). Miesiąc później płacić trzeba było już w dolarach.

Do tego miejsca nasza grupka dotarła nieco inną trasą, ale o tym później.

Skali Pastuchowa 4800 m n.p.m.Dalej wszyscy chodzą tak samo. Przed nami słynne Skały Pastuchova. Wyobrażałam je sobie inaczej. Choć niepozorne nie da się ich nie zauważyć. Ciągną się jakiś czas na wysokości około 4600 m. Dojście od "skrzynki" w porywach do 2 godzin. Potem trochę bardziej strome podejście do trawersu. Przekonana, że widzę główny, zachodni wierzchołek Elbrusa (po lewej) zapominam o wysokości i próbuję przyspieszyć. Kilkumetrowe "podbiegnięcie" kończy się lekkim bólem w klatce piersiowej. No nie, jednak trzeba zwolnić. Jesteśmy na wysokości zbliżonej do 5000 m. Trapinka okazuje się dość długa. Wszystko na wyciągnięcie ręki, a jednak to tylko złuda. Ach te proporcje! Mimo to dość szybko jesteśmy na przełęczy Siedlovina w pobliżu zdemolowanej przez siły natury chatki.
Tutaj kończą się tyczki wyznaczające kierunek podejścia. Chwila rozterki i najkrótszą drogą do góry. Ponownie zrobiło się bardziej stromo, jakieś 30-40 stopni . W tym miejscu z pewnością przydają się raki choć generalnie jest łatwo. Po kolejnych 200 m okazuję się, że właściwy Elbrus był ukryty i dopiero teraz ukazuje się w całości. Już niedaleko. Teren spłaszcza się, by na ostatnich metrach zmusić do wyższego unoszenia nóg. Jest super, niczym nie ograniczona przestrzeń i czyste niebo tylko ten wiatr! Gdyby jeszcze był bardziej zdecydowany, ale nie! Dmucha zatykając usta i zmuszając do zapierania się, by za moment odpuścić tak nagle, że prawie walę się na twarz. Oczywiście po którejś z kolei takiej zagrywce wiemy już o co chodzi. Czekan pomaga. Pod warunkiem, że zostało nam jeszcze trochę sił można "pobawić" się w tą grę. Sama przyjemność. Choć nieporównywalna z tą jaką daje klapnięcie na tyłek już na szczycie. Dalej już iść się nie da. Pozostaje podziwianie widoków.

Zejście wiadomo tak jak wejście. Droga już znajoma ciągnie się jak dobrej jakości guma, czyli do granic możliwości. Pozwala jednak na łagodny powrót do "rzeczywistości" i naszej "skrzynki". Pijemy bez ograniczeń gorącą herbatę i witaj śpiworku. Odsypiamy wysiłek.

Na więcej wrażeń nie mamy niestety czasu (przynajmniej niektórzy z nas muszą już wracać na polskie niziny) i następnego dnia schodzimy do boczek. Dalej w dół korzystając z "atrakcji" kolejki (stąd wiem, że skrzypi i telepie). Ostatni jej odcinek był w remoncie więc schodzimy pieszo, aż do znajomej asfaltówki Terskoła.

Elbrus ze zbocza Czegetu Stąd wszystko się zaczęło. Wydaje się, że to było wieki temu kiedy z ciężkimi plecakami ścieżką wypatrzoną z Czegetu wyruszyliśmy na spotkanie z Elbrusem. Na dole skwar, kurz i "zapach" wszechobecnego bydła. W Rosji wszystko jest takie jak u nas tylko minimum dwa razy większe - to bardzo trafne stwierdzenie Jacka - pasuje niemal do wszystkiego. Nie wiem czy tylko mi się wydawało, czy krówek i... ich "śladów" też to dotyczy? Dla odmiany górska roślinność głównie kwiaty też są niesamowite. Jest ich mnóstwo: białe, żółte, niebieskie... Zaskakują nas wszędzie i zmuszają do uważnego stąpania. A idzie się długo. Kolejne trafne stwierdzenie: odległości w Rosji nie mierzy się na kilometry lecz na dni niezbędne do ich pokonania. Nie ważne czy jesteś w pociągu, aucie czy idziesz pieszo.

Wybierając drogę warto zrezygnować z kolejki lub podejścia trasą wyznaczoną przez jej stacje na rzecz drogi, która rozpoczyna się mniej więcej w "centrum" Terskoła (od asfaltu na prawo biorąc pod uwagę kierunek przyjazdu). W ten sposób mamy co prawda do pokonania około 2000 m w pionie (do Priuta) i parę ładnych kilometrów w poziomie, ale za to ile ciekawostek.
W ciągu jednego dnia odkrywamy znaczenie "dolarówek" tj. serpentyn odwiedzamy stację Meteo, by przenocować pod dachem jednej z chatek Lodowej Bazy. Sto razy przebierając ciuchy prażymy się w słońcu, orzeźwiamy deszczem i marzniemy od ostro zacinającego gradu. Spacerujemy wśród skał, niewielkiej zieleni i mnóstwa czegoś co sprawia, że można poczuć się jak na księżycu (to ostatnie dotyczy raczej "podłoża"). Na koniec docieramy do skraju pierwszego lodowca. Jest początek lipca, więc coś na kształt sezonu, a właściwie nikogo nie spotykamy.

Lodowiec TerskolPo całkiem przyjemnym noclegu zakładamy raki i klucząc wśród szczelin lodowca - Rafał na pierwszego - obieramy kierunek Priuta. Pogoda psuje się w szybszym od naszego tempie i już w totalnej zadymce docieramy na miejsce. Tutaj "kibel" i kiedy już powoli zaczyna się robić nudno... wiatr i śnieg nagle ustaje co pozwala nam na wyjście do góry. Co niektórzy z nas (przyznam się - ja na pewno) czują się jak spuszczeni ze smyczy. Ma to swoje minusy, ale...

To co działo się poza naszą obecnością wśród gór Kaukazu jest ściśle związane z koniecznością dotarcia do ich podnóży.
Wystarczy wsiąść do pociągu... nie byle jakiego no i nie jednego. Transport zapewniają Ruskije Żelieznyje Dorogi. Miejsce spotkania naszej 4-osobowej grupki to Terespol. Już wspólnie przekraczamy granicę (nie było problemów) i jesteśmy w Brześciu. Wsiadamy do pociągu relacji Brześć-Adler. Pociąg to jedno wielkie rozczarowanie... na plus! Mi oprócz "składającego się" stolika (dla wtajemniczonych) najbardziej spodobał się "samowar"- urządzenie dzięki któremu możesz napić się gorącej herbaty o każdej porze dnia i nocy. Mamy przedział kupiejny (kuszetka). Jest 4-osobowy - pełny luz. 3 noce i 2 dni jakie spędzamy w podróży do Soczi w zupełności wystarczają, by zregenerować (mocno u niektórych nadwątlone) siły - dawno tak się nie wyspałam! Rankiem 3-go lipca lądujemy na plaży Morza Czarnego. Zdzisiu (ach, ten delfin) i Jacek zażywają kąpieli, a Rafał i ja smażymy się na słońcu. Mini wykład na temat... budowy statków, fotka na dowód, że zaczynamy od zera (poziom morza) i z ciężkimi plecakami znowu na dworzec.
Noc spędzamy w kuszetkach (u góry łaźnia choć może zdarzyć się, że działa klima), by kolejnego ranka w Prochladnej przesiąść się do elektriczki (siedzenia jak parkowe ławki, tylko... dwa razy większe) i dojechać do Nalczika.
Tutaj po nie udanej próbie zdobycia propusk (wizyta generała pokrzyżowała nasze plany) zmieniamy transport na samochodowy i prawie bez problemu choć z przesiadką w Elbrusie (nazwa wioski) docieramy do Terskoła. Moi nieocenieni towarzysze łapią nocleg u chaziajki (dom nr 6, 50 rubli za głowę na noc**) i wreszcie pozbywamy się ciężaru plecaka. Mogę bez wysiłku unieść głowę i nasycić widokiem gór. Wzbudzają tremę, ale jest OK.
Następnego dnia urządzamy wycieczkę na pobliski Czeget (znakomity fragment do ew. pokonania kolejką) i po drodze po raz pierwszy choć jeszcze z daleka widzimy szczyty Elbrusa.

Widok z Siedlowiny (5300) na KaukazKtoś kiedyś stwierdził, że "brak większych trudności technicznych oraz niebezpieczeństw czyni z góry doskonały cel dla bardziej ambitnie nastawionych turystów górskich". To prawda, choć ujęcie kwestii mi się nie podoba. Nie lubię w odniesieniu do gór określeń: cel i ambicja, chociaż bez tego trudno ruszyć tyłek. Wszystko zależy od interpretacji. Generalnie. Kaukaz jest piękny, a "Ruscy" nie tacy straszni jak ich malują inni (no może poza milicjantami, celnikami itp., ale ci wiadomo są... z urzędu, którzy na szczęście maglują głównie chłopaków, nie wiem dlaczego choć łatwo się domyśleć

Mam nadzieję, że udało mi się tym co wyżej przekonać wszystkich wahających się co do zmiany klimatu na wschodni, a jeżeli nie słowem, to "obrazkami" na pewno.

Polecam! To znaczy zapewne POLECAMY!

To samo i zapewne inaczej przeżyli w ciągu kilkunastu dni:

Zdzisław Gajda - autor fantastycznych slajdów;
Jacek Weiss - zawsze na miejscu z trafnym określeniem tego co określić trudno;
Rafał Górny - główny pomysłodawca i "siła" napędowa wyjazdu (bez niego chyba niewiele by się udało);
Anita Marciniak - "przymusowa" autorka tekstu.

Wszelkie pytania o konkrety i nie tylko można kierować do ostoi ludzkiej cierpliwości Rafała, e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć. z nadzieją, że znajdzie czas, by odpisać.
lub Anita e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.
lub Jacek e-mail: Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

 


powrót do poprzedniej strony