Planinska Jama


Planinska jama jest największą, wodną jaskinią Słowenii.. Kształtem swym przypomina literę Y, dwa górne ramiona to rzeki Pivka i Rak, które łączą się ze sobą w jaskini tworząc rzekę Unicę (podstawa litery Y). Pivka i Rak to dwie najbardziej niezwykłe rzeki Słowenii, Pivka utworzyła słynny na całą Europę system jaskiniowy w Postojnej, którego jakby zakończeniem jest właśnie Planinska jama, natomiast Rak po wypłynięciu z również słynnego okresowego jeziora Cerknica, tworzy malowniczy wąwóz Rakov Skocjan.

Naturalny wypływ Unicy z jaskini znajduje się we wsi Planina i jest jedynym wejściem do tej wodnej groty. Zresztą od nazwy wsi jaskinia wzieła swoją nazwę. Całkowita długość całej jaskini to 6 km.

Planinską jamę można zwiedzać w dwojaki sposób. Turystyczna tura trwa ok. 1 godz. (wejścia tylko w dni wolne od pracy) podczas której przewodnik zaopatrzony w potężną latarkę (jaskinia nie ma oświetlenia elektrycznego) doprowadza zwiedzających wygodną galerią nad płynącą Unicą do miejsca połączenia tworzących ją rzek (którego i tak nie widać). Drugą możliwością jest wynajęcie przewodnika, który za odpowiednią opłatą (30 DM od osoby) postara się doprowadzić chętnych dalej, wgłąb jaskini. Napisałem "postara się", gdyż sukces tego przedsięwzięcia zależy od dwóch czynników: stanu wody (nie może być jej za dużo ale i nie za mało) oraz od przygotowania psycho - fizycznego jego klientów. Na odważnych czeka bowiem płynięcie pontonem, wspinanie się, czołganie, a nade wszystko taplanie się w błocie. Aha i trzeba mieć jeszcze żelazne nerwy bowiem czeka na nas jeszcze ... ale o tym później. W takim stylu zwiedza się ramię jaskini, którym płynie Pivka docierając na końcu do najpiękniejszej części jaskini, suchego korytarza zwanego Paradyż (słow. Raj). Całość wraz z powrotem zajmuje ok. 6 godz. Istnieje też możliwość popłynięcia drugim ramieniem jaskini - rzeką Rak, ale jest to dużo trudniejsze i bardziej wrażliwe na stan wody. Przewodnicy nie chcą się za bardzo na to zgodzić. W cenę wliczone jest wyposażenie tzn. kask z lampą karbidową oraz buty jeśli ma się odpowiedni rozmiar. Kombinezonów nie dają, więc wypada mieć swój własny.



Start mamy umówiony 01.05.2000 na godz. 15.00. Idziemy w czwórkę: ja, Kasia i dwoje przyjaciół z W-wy: Jola i Wojtek. Po przybyciu przed jaskinię okazuje się, że rano weszła do jaskini grupa Słoweńców i do tej pory jeszcze się nie pojawiła. Nieźle się zaczyna, nasz przewodnik Matjas jest podenerwowany i martwi się o nich. Każe nam zaczekać godzinę, a sam wykorzystując wejście z normalną turą (z normalnymi ludźmi ;-)) zobaczy co się dzieje. Napięcie wzrasta bowiem zaczęła się burza i leje deszcz, a przecież to właśnie wysoki stan wody nie pozwolił nam dnia poprzedniego przepłynąć całej Kriżnej jamy. Na szczęście po 30 minutach przestaje padać i pojawiają się wracający umorusani i mokrzy Słoweńcy. Pytamy ich przewodnika o poziom wody w jaskini, a on odpowiada z uśmiechem - excellent. No to jest super, zjawia się też już Matjas i zaczynamy się szykować. Zakładanie kasków i przygotowanie oświetlenia zajmuje nam prawie pół godziny i dopiero ok. 16.30 jesteśmy gotowi. Robimy sobie zdjęcia, no bo jak wyjdziemy, no właśnie ... jak wyjdziemy będzie już ciemno. Wiosła pod pachy i Let's go, rock and roll ...
Turystyczną trasę przebywamy szybko, nawet za szybko, guide nic nie mówi, my o nic nie pytamy, więc raźno idziemy przed siebie. Jaskinia jest potężna, idziemy jakieś 15 metrów nad Unicą, słuch przyzwyczaja się do stałego łoskotu płynącej rzeki. Po dojściu do końca turystycznej trasy, wchodzimy w przekopany sztucznie jeszcze przed wojną przez Włochów niski korytarz. Zresztą Włosi zamierzali w jaskini przechowywać podczas wojny broń i zaopatrzenie, stąd podczas dalszej drogi napotykamy na ślady ich działań w jaskini: to oni zbudowali galerię nad rzeką i zawalone już dziś mosty. Po wyjściu z korytarza jesteśmy już w ramieniu Pivki. Jest tu dużo ciszej, bo ta rzeka płynie wolniej. Po parunastu metrach wygodna galeria nie wytrzymała próby czasu i przechodzimy 10 metrów po wąskiej desce, pierwsze emocje. Dalej droga kończy się, kiedyś był w tym miejscu most ale się zawalił i trzeba przejść na drugą stronę rz.Pivki wprost przez nią. Schodzimy, a właściwie zjeżdżamy na tyłkach nad rzekę i nasz guide z poważną miną oświadcza nam, że przed nami do przebycia najbardziej niebezpieczny moment naszej wyprawy. Pivka zwęża się tu w wąską gardziel, z której dalej spada 2 metrową kaskadą w dół. Pośrodku gardzieli tkwi skała, a pomiędzy nią a naszym brzegiem wystaje z wody malutka skałka. Technika przejścia jest prosta: jedna noga na brzegu, rozkrok, druga noga na skałkę, nogę z brzegu przenieść na skałę po środku i okey. Niby proste, ale warunki wokół są niezwykłe, woda huczy i kipi, ciemność i drobna uwaga Matjasa, że rzeka ma w tym miejscu kilka metrów głębokości i jeden fałszywy krok i ... ogólnie jest very dangerous. On sam tu kiedyś poleciał, woda zakryła go całkowicie i życie uratowała mu lina którą był związany z kolegami. A my nie jesteśmy związani liną i ... zieleniejemy. Ale nie ma czasu na strach, Matjas pierwszy, potem dziewczyny, Wojtek i na końcu ja. Ale jazda, w głowie huczy adrenalina, na zewnątrz Pivka, wyważam każdy krok i ... siup, dłoń Matjasa pomaga mi wydostać się na drugi brzeg. Nogi drżą w łydkach ale już na razie po strachu. Następne 1,5 km przepłyniemy pontonem. Sprawdzamy światła i hop do pontonu. Po usadowieniu się w nim, a bynajmniej nie jest to takie proste wypływamy na Pivkę. Jest niesamowicie, cisza, ciemność, kapanie kropli wody z sufitu, nawet woda wydaje się czarna. Wiosłujemy powoli, płyniemy pod prąd, który co prawda nie jest jakiś bardzo silny, ale jest wyczuwalny. Gasimy światła na kaskach, Matjas oświetla nam grotę tylko swoją latarką (która mu zresztą co chwila gaśnie) czeluść ogromnej jaskini. Płyniemy olbrzymim korytarzem tak wysokim, że sufitu nie widać. Ze ścian zwisają gigantyczne stalaktyty i draperie naciekowe w różnych tonacjach różu. Rzeka ma miejscami kilkanaście metrów głębokości. Płyniemy w kompletnej ciszy, przerywanej tylko pluskiem wioseł. przypomina to mityczną przeprawę po Styksie.

Ogarnia nas niewyobrażalne uczucie pustki i obcowania twarzą w twarz z tajemnicą pierwotnej natury. Wokół pontonu co chwila przepływa legendarna "ludzka ryba" czyli Proteus anguinus. W jaskini Postojnej ogląda się 3 sztuki w akwarium, a tu setki tych niewielkich stworzonek jest na wyciągnięcie ręki. Im płyniemy dalej, tym jaskinia zwęża się. Zbliżamy się do miejsc płycizny, gdzie głębokość rzeki jest tylko kilkadziesiąt centymetrów, a więc prąd staje się silniejszy. Matjas bez przerwy powtarza "more power", ale jak tu more power gdy ramiona już bolą od wiosłowania, a on cwaniak tylko utrzymuje kierunek. Przez cały czas trzeba lawirować pomiędzy wystającymi skałami, aby nie zawadzić o nie i nie rozpruć pontonu. W dwóch miejscach musimy wyjść na zewnątrz i przeciągnąć ciężki ponton przez mieliznę. Jeszcze tylko paredziesiąt metrów i koniec żeglugi. Pod nami 70 metrowy syfon kończący, a właściwie zaczynający podróż przez jaskinie rzekę Pivkę. Uff ... ta głębia robi wrażenie, choć jej przecież nie widać. Dobijamy do brzegu. Tu trzeba znowu się skupić bo wyjście z pontonu nie jest takie proste, od razu pod nami jest głębia, więc każdy musi bezpośrednio skoczyć na skały. Teraz czas na "przerwę techniczną". Matjas uzupełnia zapas karbidu i wody w naszych lampach, pijemy napoje a ja wylewam z buta wodę, która wlała mi się podczas wysiadania z naszego "statku". Przed nami ostatnia część drogi, zostawiamy plecaki i wio ... Route to Paradise. Zaczyna się przeciskaniem w wąskiej szczelinie, a potem odlot ... Trzeba przejść maleńkim korytarzykiem, wypełnionym wodą po łokcie. Ciekawe jak to zrobić, Kasia da sobie radę bo jest malutka, no ale my a zwłaszcza ja jesteśmy słusznych (czyt. normalnych) rozmiarów, a jak tu się czołgać jak jest woda. No ale po to tutaj przyszliśmy, więc w ekwilibrystyczny sposób (do dziś nie wiem jak), stylem pajączka i Bóg wie jeszcze jakim brnę do przodu. Walę co chwila kaskiem o stalaktyty, zanurzam ręce w wodnej mazi, jest czarująco ... Po chwili docieram do głównej atrakcji wieczoru. Dalszą drogę zagradza pionowa, 10 metrowa ścianka. Pomimo, że wystają z niej kamienie, to wszystko jest oblepione błotem i na pierwszy rzut oka wydaje się nie do przejścia. W górach pewnie byłaby w takim miejscu umieszczona drabina lub chociaż lina, ale nie tu.

Wszak idziemy do Raju. Matjas jest już na górze, więc jakoś to przeszedł. Kluczem do sukcesu okazuje się fakt, iż ściana ograniczona jest z przeciwka drugą ścianką tworząc coś na kształt spłaszczonego komina. A więc jest się o co zapierać. Jola rusza pierwsza, gramoli się powoli ku górze, podpowiadam jej z dołu gdzie są stopnie i już weszła. Kolej na mnie, nikt mi nie powie z dołu gdzie są stopnie, bo Kasia z Wojtkiem jeszcze nie doszli do tego miejsca. Powoli, zapierając się plecami idę do góry, podoba mi się to, wynajduję stopnie na wyczucie, jest ekstra. Ta świadomość, że twój żywot jest dosłownie w twoich ubłoconych rękach jest podniecająca. Wychodzę na górę i martwię się o Kasię, jak sobie poradzi. No i ma bardzo dużo problemów, ale z pomocą Matjasa, który zszedł po nią na dół ląduje w moich ramionach. Potem wyłania się z dołu Wojtek i jesteśmy w komplecie. Nikt z nas nie ma odwagi pomyśleć co będzie w drodze powrotnej, bo trzeba będzie tą ścianą zejść. To będzie później, a teraz jesteśmy w Raju. Ta część jaskini nie na darmo nosi nazwę Paradyż. Jest tu cudownie, suchy korytarz ciągnie się prawie 0,5 km wzdłuż ścian ozdobionych niesamowitej piękności tworami naciekowymi. Kalcyt mieni się różnymi kolorami w świetle naszych lamp. Stalagmity osiągają niesamowite formy i kształty. Idziemy oczarowani. Nasz guide dopiero teraz się totalnie odpręża i cieszy się, że z nami tu dotarł (ponoć w nas nie wierzył). Docieramy do końca korytarza, przebyliśmy całe ramię Pivki, jesteśmy niesamowicie szczęśliwi. Pijemy łyk wody z jeziorka na końcu jaskini, bo jak mówi Matjas pozwoli nam to na bezpieczny powrót. Wracamy, jest tak super, że nie straszna nam ścianka, korytarzyk z wodą (w którym tym razem klinuję się na amen), ani przejście przez Pivkę. Nasz przewodnik tak się rozkręcił, że opowiada nam historię swojego życia. Krok za krokiem żegnamy się z podziemnym światem Planinskiej jamy. Nawet niezauważalnie wychodzimy z jaskini, jest 22.30. i zamiast jaskiniowego stropu, widać gwiazdy. Jesteśmy zmęczeni, mokrzy i umorusani błotem.

To było dla każdego z nas niesamowite przeżycie, przygoda warta ryzyka, które za sobą niesie. To co widzieliśmy i czuliśmy pozostanie w nas do końca życia, a zresztą pewnie tu kiedyś wrócimy, bo czeka na nas jeszcze Rak. Może już niedługo ...

Ciao Matjas, to było ..... nieziemskie.

Sylwek