Gross Got !
Wakacje'98 spędziliśmy w Niskich Taurach w Austrii. Bazą noclegową było miasteczko Schladming. Schladming położone jest na granicy dwóch austriackich landów: Styrii i Ziemi Salzburskiej (cały region turystyczny nosi nazwe Dachstein-Tauern Region). Miasteczko jest prześliczne, typowy mały kurort alpejski z uroczym Centrum w którym co jakiś czas były różne fajne festyny. Schladming posiada też swój browar z pysznym Schladminger Bier. Ogólnie miasto leży w szerokiej kotlinie ograniczonej od północy masywem Dachsteinu, a od południa pasmem Schladminger Tauern będącym najwyższą częścią Niskich Taurów.
Nasza działalność ograniczona była do pasma Schladminger Tauern, ponieważ masyw Dachsteinu opada ku kotlinie Schladming (ok 700 mnpm) a dokładnie do zimowego kurortu Ramsau am Dachstein pionowymi ścianami o wysokości dochodzącej do 2000 metrów. Cały ruch turystyczny w Dachsteinie poprowadzony jest z przeciwnej strony masywu gdzie znajduje sie kilka niewielkich lodowców. Od "naszej" strony można było się tylko dostać kolejką linową na główną grań Dachsteinu na wys. ok. 2800 mnpm na krawędź lodowca.
Schladminger Tauern to najwyższy masyw Niskich Taurów z najwyższym szczytem
Hochgolling (2879). Góry te nie posiadają lodowców ale i tak są prześliczne
bowiem podobnie jak u nas w Tatrach jest tam sporo polodowcowych stawów.
Powierzchnia tych gór jest większa niż powierzchnia całych Tatr Polskich i
Słowackich, więc jest gdzie pochodzić. Większość szczytów wznosi się na wysokość
2400 - 2650, kilka przewyższa 2700, a jeden 2800. Nie ma tam żadnego parku
narodowego, a więc można chodzić gdzie się chce, choć i tak wszyscy chodzą
wyznakowanymi szlakami. W górach jest b. mały ruch turystyczny (spotyka się
KILKA osób na dzień i są to wprawni i doświadczeni turyści, żadnej tatrzańskiej
hołoty) pomimo iż byliśmy tam w środku sierpnia. W górach jest dużo schronisk, w
których bez problemu można się przespać, najeść i napić. Góry te podobnie jak
Dachstein wznoszą się ponad Schladming na ok. 2000 metrów, a ich szczyty
oddalone są w poziomie nieraz o kilkanaście kilometrów. Powoduje to, że aby iść
wyżej trzeba przenocować się w którymś ze schronisk na wysokości 2000 mnpm lub
pierwszy próg dolin pokonać za pomocą wyciągu lub górskiej drogi. Ponieważ
preferujemy styl "na lekko" korzystaliśmy z tego ostatniego patentu.
Ogólnie
uważam, że są to idealne góry dla stawiających w Alpach pierwsze kroki. Góry są
naprawdę przepiękne, nie brak w nich trudnych szlaków, jeśli spałoby się w
górach to można wejść na te najwyższe szczyty. Polecam te góry wszystkim
tym, którzy jeszcze nigdy w Alpach nie byli i chcą zacząć swoją przygode z tymi
górami niekoniecznie od najwyższych (i najdroższych) masywów alpejskich.
Schladming oddalone jest o ok. 900 km od Łodzi i dojechaliśmy tam w dwa dni (po drodze spaliśmy w Bratysławie) naszym samochodem. Była nas czwórka tzn. MY i parka przyjaciół (on i ona) z Warszawy. Nasz apartament mieścił się w Hotelu "Ferienalm". Po przyjeździe okazało się, że mieliśmy do dyspozycji duży pokój sypialny, aneks kuchenny z kuchnią, WC, łazienką z klimatyzacją itp. ogólnie jak to w Austrii - SUPER. Na dodatek przed apartamentem mieliśmy do dyspozycji stół pingpongowy, boisko do siatkówki a przede wszystkim BASEN. W związku z tym, że temperatura przez 10 dni oscylowała wokół 30 stopni C trzeba było mieć wielką wolę i słuszne argumenty, aby rano zerwać co drugi dzień ludzi na wyprawę w góry (a woda w basenie była cieplutka).
No dobra teraz czas na góry.
Podczas naszego pobytu w Schladming
zdobyliśmy:
W dniach odpoczynku (niby od czego?) jeździliśmy po okolicy. Zwiedziliśmy słynne kurorty: Zell am See, Bad Aussee, Radstadt, Obertauern a przede wszystkim jak piszą w przewodnikach "najpiękniejsze alpejskie miasteczko Austrii" - Hallstadt. Aha, zwiedziliśmy też słynne jaskinie Dachsteinu: Mammuthohle i Eishohle. Pierwsza to lipa, druga - lodowa jest super, choć ogólnie nie warte są swojej ceny, a ta jest paranoidalna, no ale cóż, to Alpy w Austrii.
11.08.98 godz. 7.00. Dźwięk budzika zrywa mnie z błogiego snu. Rzut okiem w
stronę okna i wszystko jest jasne, pogoda taka jak w ciągu ostatnich dni: upał,
zero chmur. Niby wszystko cudownie tylko teraz trzeba obudzić pozostałych.
Będzie problem! Z Marzeną nie będzie kłopotów ale w stosunku do mojej żony Kasi
i Michała trzeba będzie użyć mocnych argumentów. Na szczęście tym razem nie
trwało to długo i w atmosferze zaspanych pomrukiwań wstali. Pierwszy sukces.
Śniadanie i spakowanie plecaków nie trwa długo i wio ... jedziemy parę
kilometrów do Haus. Dojeżdżamy do dolnej stacji kolejki na Haus Kaibling.
Gondola powoli wznosi się coraz wyżej ponad kotlinę Schladming. Po ok 10
minutach jesteśmy już na ok. 1800 mnpm. Stad dopiero widzimy po raz pierwszy cel
dzisiejszej wycieczki - Hochstein (2543). Jest piękny, ma kształt regularnej
piramidy, lśni w promieniach porannego słońca.
Oczywiście jesteśmy tu sami,
ale do tego już przywykliśmy. Jakie to cudowne rozkoszować się górami tylko z
grupką przyjaciół z dala od innych ludzi. Ruszamy powoli. Początek jest jak
zwykle ciężki. Słońce świeci już pełną parą, robi się gorąco, zero cienia i
jeszcze ten stromy stok przed nami. Po ok. 1 h mozolnej wędrówki wchodzimy na
wąską szczerbinę przeł. Seeschartel (2070). Ale tu jest wąsko, aż są kłopoty
gdzie usiąść. Z jednej strony stromy stok po którym tu weszliśmy, a z drugiej
pionowe urwisko i ... 400 metrów niżej lśniąca tafla stawu. Cudownie. Słońce
praży niemiłosiernie, pić się chce jak diabli, a tu trzeba iść dalej. Stąd
wydaje się, że to już niedaleko jakaś przełęcz, grań i widoczny stąd wyraźnie
szczyt. O naiwności ! Owszem po kolejnej godzinie na przełęcz wchodzimy i co się
okazuje. To dopiero Maralmscharte (2189) a szczyt jest jeszcze hen, hen przed i
nad nami. Podeszliśmy tylko 120 metrów! A wydawało się dużo więcej, tym
bardziej, że ostatnie metry pod przełęczą pokonywaliśmy na czworaka, tak było
stromo i wszystko się sypało. Krótka narada jest już 12.00, a ostatnia kolejka w
dol zjezdrza o 17.00. Czy zdążymy? Podejmujemy decyzję, że idziemy tak daleko
jak się da kontrolując czas, a potem zobaczymy. Na szczęście teraz ścieżka
prowadzi łagodnie w górę, trawersując całą płn. ścianę Hochsteina. Idziemy dosyć
szybko pomimo, iż zaczęły sie pierwsze, niewielkie trudności. Po 30 minutach
dochodzimy do wylotu żlebu spadającego z przeł. Zwieslingscharte (2381) będącej
bramą wejściową na szczyt. Ale już z dołu widać, że grań z przełęczy na Hochstein
będzie niezła. Utwierdza nas w tym pierwszy i jedyny spotkany w czasie drogi na
szczyt turysta, który na moje pytanie jaka jest dalsza droga tajemniczo się
uśmiecha i pokazując ku górze kciuk mówi tylko: "super". Domyślam się co to
oznacza. No dobra teraz żleb - bardzo strome zakosy ale na razie wszyscy idziemy
dzielnie dalej. W połowie żlebu ścieżka odbija w lewo i wchodzi w skały. I
tu zaczynają się "schody". Przed nami trawers po gładkiej płycie o nachyleniu 60
stopni, ubezpieczony liną poręczową. Zatrzymujemy się, podejmuję decyzję, że
pójdę sam dalej i rozejrzę się. Przejście okazuje się łatwiejsze niż to
wyglądało choć i tak było "powietrzne". Widzę, że dalej jest podobnie tzn. są
liny poręczowe. Informuję o tym krzykiem reszte ekipy i czekam na ich decyzje.
Po ok 10 minutach zza skały słyszę sapanie i wyłania się Michał. Informuje mnie,
iż dziewczyny zostają, zejdą niżej i poczekają na nas. Ok. Michałku ruszamy
dalej. Liny kończą się po ok. 200 metrach, jeszcze jakiś kawałek zygzaków i
jesteśmy na przełęczy. I tu konsternacja, szczytu nie widać, nie wiadomo jak
jeszcze daleko. Godz. 13,30, zaczynają mnie ogarniać wątpliwości, jestem już
nieźle zmęczony przecież to dopiero nasze drugie wyjście w góry. Pytam się
Michała (który też wygląda na zmęczonego) co dalej, a ten ku mojemu zdziwieniu
szybko odpowiada: idziemy dalej. Przyznaję, że jego optymizm wskrzesił we mnie
nowe siły, chwila odpoczynku i naprzód. Na razie jest łatwo, idziemy prawie
poziomo ale to się musi kiedyś skończyć. Wchodzimy w kopułę szczytową i tu
dopiero zaczyna się zabawa. Niby nie ma jakichś wielkich trudności, to w końcu nie
"Via ferrata", ale szlak wyprowadza nas na samą grań, jest bardzo stromo, co
chwilę trzeba pokonać jakąś ściankę czy rysę za pomocą klamer, a wszystko to w
pełnej ekspozycji na obie strony. Jest tak stromo, że nie widze nawet kolegi
który został trochę z tyłu.
Jestem już potwornie zmęczony, końca nie widać,
nie chce mi się nawet zerknąć na zegarek, bowiem irracjonalnie czuję bliskość
szczytu i choćby nie wiem co to tam dojdę. I wreszcie widzę krzyż na szczycie
jest bardzo blisko. Jest tylko spory problem, do przejścia pozostał bardzo wąski
odcinek grani, jak go obejść? Oczywiście szlaku nie ma bo i po co ułatwiać
wejście, jestem za bardzo zmęczony żeby się zastanawiać czy iść okrakiem, czy
"na czworaka". Rozkładam ręce i ruszam wprost jak akrobata w cyrku. Ale uczucie,
z obu stron przepaść, wiatr smaga twarz, adrenalina uderza do głowy, facet (ten
spotkany wcześniej) miał rację: SUPER. Resztką sił docieram na szczyt.
Jest
ok.14.30, stoję obok krzyża, kilka osób na szczycie uśmiecha się do mnie i
pozdrawia mnie a ja jestem tak oszołomiony, że dobrą chwilę nie mogę wydusić z
siebie słowa. W końcu siadam i wyciągam picie, myślę o Michale który się jeszcze
nie pojawił. Po 15 minutach widzę go: blada twarz i ciemne okulary na oczach
świadczą, że też dostał porządnie w kość. Podchodzi do krzyża, łapie rękoma
stalowe odciągi i drżącym głosem stwierdza, że ... może zaczęlibyśmy już
schodzić. Całe napięcie mija, śmiejemy się, jesteśmy bardzo szczęśliwi. Wyjmuję
aparat, robię zdjęcia, widoki są cudowne. Wszędzie morze gór, w Tatrach zawsze
gdzieś góry się kończą i jest kotlina, ale tu w Alpach jest inaczej, one są po
horyzont. Dzielimy się z Michałem wrażeniami z końcowych metrów wejścia,
stwierdzamy, że cieszyć się i świętować to my będziemy dopiero na dole, jak nam
się uda bezpiecznie zejść. Musimy już wracać bo czas nas goni, kolejka na nas
nie będzie czekała. Biorę parę kamieni ze szczytu i powoli zaczynamy razem
schodzić tą samą drogą. Teraz wydaje się trochę łatwiejsza ale i tak schodzimy
wolno i ostrożnie. Po godzinie docieramy do naszych, opalających się pań i
wszyscy razem szybko schodzimy do górnej stacji kolejki. Zdążyliśmy na
przedostatni zjazd o 16.45.
Udało nam się, było super, pomimo początkowych zwątpień dotarliśmy na szczyt. Dzięki Michał, to było naprawdę niezłe przeżycie. Siedząc wieczorem z piwem w dłoni przed naszym mieszkaniem w Schladming wiem, że był to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu.