Samnaugruppe to niewielka obszarem grupa górska leżąca na pograniczu Austrii
i Szwajcarii ze szczytami o wysokościach 2700 - 3100 mnpm. Nie ma w niej
lodowców, jest bardziej podobna do naszych Tatr, choć oczywiście szczyty są o
wiele wyższe i potężniejsze.
Otztaler Alpen to jedno z największych pasm
górskich w Alpach, znajduje się tu dużo lodowców, a sporo szczytów przekracza
3500 m npm. Dolina Oberinntal jak już wspomniałem rozdziela oba te masywy.
Płynie nią druga co do wielkości rzeka Austrii - Inn. Dolina ciągnie sie ponad
40km od miasta Landeck, aż do przeł. Reschenpass na którym znajduje się
samochodowe przejście graniczne do Włoch, a obok do Szwajcarii. Cały ten obszar
nosi nazwę Tyroler Oberland. Głóówne miasteczka turystyczne regionu to: Prutz,
Fendels, Ried i.O., Tosens, Pfunds i Nauders. Leżą one na wysokości ok. 700
mnpm. Na stokach masywu Samnaugruppe na wysokości ok. 1400 mnpm leżą jedne z
najbardziej znanych w Austrii kurortów zimowych: Fiss, Ladis i Serfaus.
Baza
noclegowa w dolinie jest b.bogata. Począwszy od licznych hoteli, poprzez
apartamenty (Ferienwohnung) na 2 campingach (w Ried i.O. i Prutz-u) kończąc. My
spaliśmy w wynajętym Ferienwohnung-u (dla nie wtajemniczonych jest to mieszkanie
do wynajęcia z osobnymi pokojami, kuchnią i łazienką z WC). Tutaj taka mała
dygresja: jeśli jest się w 4 lub więcej osób to taniej wychodzi wynajęcie
Ferienwohnungu niż noclegi na campingu. Co do cen to są one "alpejskie" tzn. nie
jest tanio (to Austria, a nie Słowacja). Nocleg dla 2 osób kosztuje 300-400 ATS,
dla 4 ok. 500 ATS. Na campingach wcale nie jest taniej. Można oczywiście spać w
górach w schroniskach, ale nie jest to bynajmniej sposób na zaoszczędzenie
pieniędzy, bowiem tu też ceny są podobne.
Jak już wspomniałem miasteczka leżą na 700 mnpm, a góry mają ponad 2700 metrów. Co z tego wynika: przewyższenia ponad 2 km w pionie i nie da się tutaj chodzić stylem "zakopiańskim" (tzn. śpię w Zakopanym i chodzę po Tatrach). A więc jeśli ktoś (tak jak my) nie chce spać w schroniskach górskich lecz chodzić na lekko musi korzystać z wyciągów. Kolejkami można wyjechać na poziom 1800 - 2000 mnpm. skąd można już myśleć o zdobywaniu szczytów. A wybór jest duży, aż ślinka cieknie. Szlaki wyprowadzają na liczne, piękne szczyty. Niestety słowo szlaki brzmi w tym przypadku dumnie. Znakowane ścieżki są tylko z nazwy znakowane, bowiem w terenie wygląda to dużo gorzej niż na mapach. Przede wszystkim wszystkie szlaki znakowane są w kolorze czerwonym, więc można sobie wyobrazić co się dzieje na węzłach szlaków: obłęd. Żeby znaleźć właściwy trzeba się mocno wysilić a i potem są jaja. Zgubienie szlaku jest czymś normalnym i nikogo to nie dziwi. Problemy zaczynają się w terenie wysokogórskim i tutaj po prostu liczy się doświadczenie nabyte w górach, a nie pomoc w postaci wygodnego, znakowanego szlaku. No ale to Alpy a nie Tatry. A góry są piękne, przepiękne a co najważniejsze nie ma w nich ludzi. Jeśli spotyka się innych turystów to są to prawdziwi turyści, dobrze wyekwipowani, doświadczeni, żadnej chołoty. A tak po za tym to cisza i można się rozkoszować samemu górami. Szlaki są różne: łatwe, średnie i trudne tzw Klettersteig (austriacki odpowiednik via ferrata), dla każdego coś miłego.
To tyle opisu ogólnego, czas na nasze wspomnienia. Z Łodzi ruszyliśmy
13.08.99 w piątek (to nie żart). Po noclegu w Wiedniu (u znajomych) następnego
dnia po południu dotarliśmy do Ried-u. Z Łodzi to 1150 km. Ried to maleńkie
miasteczko, przepięknie położone w dolinie. Jak mawiamy z żoną na te miasteczka:
typowe austriackie, alpejskie cukierki-landrynki. Apartament w którym spaliśmy
nosi nazwe "Via Claudia", prowadzi go sympatyczne młode małżeństwo z dwójką
dzieci i pieszczotliwym wilczurem "Aisza". My spaliśmy w typowym Ferienwohnungu:
pokój z kuchnią, łazienką z ubikacją. Warunki typowo austriackie cczyli pełen
komfort, czystość, pewność ... Cena to 300 ATS za dzień. No to tyle o spaniu,
czas na góry.
Uff, te są wielkie, w takich jeszcze nie byliśmy. Ażeby uniknąć
wejść dwudniowych z noclegami w schroniskach można skorzystać z wyciągów
linowych licznie tam obecnych, które wywożą na wys. 1800 - 2000 m npm. co też
czyniliśmy. I pewnie zbankrutowalibyśmy od tego bo jak wiadomo ceny tych kolejek
są w Austrii horendalnie wysokie (jedna kolejka kosztuje ok 150 ATS) ale jest
coś takiego jak bilet 1 i 2-u tygodniowy na wszystkie wyciągi w okolicy. My
kupiliśmy taki 2-u tygodniowy (trzeba mieć swoje zdjęcie lub dać sobie
zrobić), kosztował on 700 ATS i można było hasać po kolejkach górskich ile
wlezie. Oprócz tego w cenę tego biletu wliczona była opłata za drogę alpejską do
największego lodowca w okolicy - - Kaunertallgletscher (sama droga kosztuje ok.
350 ATS). Ogółem idea rewelacyjna.
Pomimo, iż w sumie pogoda była taka sobie,
to poszaleliśmy po górach jak nigdy dotąd. Nie będę tu opisywał poszczególnych
wycieczek, wymienię tylko szczyty na które weszliśmy w kolejności odbytych 7
wycieczek:
O tym dniu marzyłem od początku, jak tylko kupiłem w W-wie mapę Kompasu rejonu Samnaugruppe i zobaczyłem Go... na mapie. 3004 m n.p.m. to przynajmniej dla mnie wysokość magiczna.
Marzyłem o nim już na miejscu w Tyrolu, wchodząc
na inne (niewiele) niższe góry widziałem Go jak cudnie wyrasta piramida ponad
otaczające go szczyty, zwieńczony wielkim krzyżem i małym lodowczykiem na
szczycie. Ale zostawiliśmy Go sobie na deser, czekając na idealną pogodę.
Na
szczyt wiodą dwie drogi: trudniejsza i dłuższa (oznaczona napisem Nur fur
Gebaute - tylko dla wprawnych) przez Furglersee i przel. Furlerjoch i łatwiejsza
przez Tieftalsee. Za namową żony zdecydowaliśmy się na łatwiejszą.
Dzień
25.08.99 wstał śliczny, pomimo iż dzień wcześniej cały czas lało. Wstaliśmy
7.30. śniadanko, pakowanko i do samochodu. Nasza Astra dzielnie pokonywała
serpentyny i szybko dojechaliśmy do Serfaus do wyciągu Komperdellbahn. Gondolka
wyniosła nas najpierw na 1900 m n.p.m. a po przesiadce kolejna na Lazid 2200 m
n.p.m. Pogoda super, widzimy szczyt wprost przed nami, zdaje się, że czeka na nas
i zaprasza nas do wspinaczki. Do szczytu 800 metrów w pionie a więc to pryszcz
tym bardziej, że to nasza 5 wycieczka górska i zdążyliśmy już złapać
kondycję.
Po 30 minutach dochodzimy do przel. Scheid (2429), to tutaj
dochodzą turyści wjeżdżający kolejką aby tylko zobaczyć panoramę, dalej to już
Hochalpeweg auf Furgler.
Początek od razu b. stromy, wchodzimy zakosami po
trawiastym, stromym stoku i byłoby zupełnie fajnie gdyby nie potworne błoto.
Błogosławimy fakt, iż mamy kijki, które okazują się nieocenione i nieodzowne w
całych Alpach. Po jakichś 30 minutach wąska ścieżka zaczyna prowadzić łagodnym
trawersem co daje odpoczynek łydkom i płucom. Pogoda cudowna, aż nie chce się
wierzyć, słoneczko praży choć na szczęście upału nie ma, bo wysokość robi już
swoje, to przecież ponad 2500 m npm. Przed nami idzie ciekawa wycieczka:
przewodnik z grupą ok 15 kobiet w wieku 40-60 lat (tak na oko), ale to nie to
samo co w Tatrach, kobitki pełne życia, wysportowane, łydki umięśnione świadczą
o tym, że góry dla nich to chleb powszedni, ekwipunek taki, że większość
turystów polskich może o tym pomarzyć. Po ok 1,5 godz dochodzimy do
najtrudniejszego odcinka drogi, ścieżka wchodzi w stromą, skalną grzędę i
prowadzi jej ostrzem. Wszystko się sypie i wyjeżdża spod nóg, ale to normalka.
Grupa w/w kobiet idzie przed nami i pomimo ich starań zrzuca na nas co jakiś
czas kamienie. Grzęda nie ma końca, wciąż w górę i w górę ale idzie nam się
dobrze, kondycja jest, pogoda też, świadomość że idziemy na Furgler też sprawia,
że nie czujemy zmęczenia, a niech tam się sypie, staje dęba itd ... my i tak
dojdziemy.
Wreszcie docieramy do Tieftalsee, to przepięknie położony mały
staw na wys. 2785 m npm leżący w skalnym kotle pod kopułą szczytową Furglera.
Ale tu jest super: skała, woda i śnieg. Jak w bajce, Boże jaki świat jest
piękny. Odpoczynek, pićku i wzrok wędruje już na Niego, to już blisko, na
wyciągnięcie ręki, już widać krzyż i jakichś ludzi na wierzchołku, o rany musimy
już iść bo nie wytrzymam ... Ścieżka okrąża staw, parę miejsc jest naprawde
trudnych, zwłaszcza przejście przez stromy płat śniegu, na którym przed chwilą
parę metrów w dół poleciała kobieta, trochę się potłukła ale wszystko ok. idzie
dalej. Dłonie zaciskają się mocniej na kijkach. Zaczyna się finałowe podejście,
bardzo stromo po rozsypanym stoku. Najwidoczniej wiek jednak robi swoje bo
kobiety zwalniają, co chwila odpoczywają, więc trzeba je wyprzedzić, a to nie
jest łatwe, bo stromo i wąsko. Szczyt jest na wyciągnięcie ręki, więc nie zważam
na zmęczenie, pot zalewa mi oczy (a właściwie okulary) ale to nie ma znaczenia,
jeszcze tylko wyjście na grań i ...... ale lufa, chyba z 500 metrów w dól, aż
zatyka. Jeszcze parę kroków i jest !
Nawet nie wiem kto pierwszy wszedł: ja czy Kasia. Czuję, że mam łzy w oczach.
Dochodzimy do krzyża, dotykam go ręką, jakbym jeszcze nie uwierzył. To dziwne
ale w ogóle nie czuję zmęczenia, pewnie adrenalina. Siadamy i dopiero teraz
widzę to co widzę. A co widzę? Cały Tyrol leży pod stopami (tak mi się wydaje).
Ostrość nieziemska, morze gór, są wszędzie: na północy masyw Lechtaler Alpen z
piękną piramidą Parseierspitze, na wschodzie lodowe olbrzymy Otztaler Alp, na
południu wierzchołki "naszej" Samnaugruppe, a na zachodzie Silvretta. Gdzieś w
oddali słońce odbija się w lodowcach Alp Włoskich i Szwajcarskich. Pokazujemy
sobie z Kasią szczyty, na których już wcześniej byliśmy: Planskopf, Roter
Schrofen i inne, jakie one teraz są małe ... Jestem podniecony, fotografuję na
prawo i lewo. Co potem, to nieważne, liczy się tu i teraz. Wpisujemy sie do
książki wejść, jemy, pijemy, suszymy podkoszulki. Pod szczytem jest mały
lodowczyk, rzucamy się śnieżkami, jest bosko. Na szczycie spędzamy ponad
godzinę. Został bym tu na stałe. Czas schodzić, jak zwykle zejście jest
trudniejsze niż wejście pomimo, iż schodzimy tą samą drogą. Droga w dół dłuży
się, ale nic nie jest w stanie nam zepsuć samopoczucia: ani to że źle stąpam i
lekko skręcam kostkę, ani to że Kasię bolą przetrenowane łękotki. To nie
ważne.
Do domu (czyli Ried-u) docieramy na 17.00. Obiadek, a potem leżaczek w
ogródku, zimne piwo w dłoń (Jezu ale ono jest pyszne) i wspomnienia ...
Każdy
ma swój Everest, nasz nosi nazwe FURGLER.