NO FOOD, NO GUIDE - NO PROBLEM!
MOJA PRZYGODA Z KILIMANDŻARO
DZIEŃ PIERWSZY: START.
Wszystko zaczęło się jak większość wypraw na dach Afryki tzn. od znalezienia Agencji, która zorganizuje nam wejście na szczyt - wyżywienie, noclegi, guides, tragarzy, kucharza itp. Po dokonaniu uzgodnień i podpisaniu umowy cała nasza szóstka ruszyła mikrobusem z Arushy do bramy Kilimanjaro National Park - Machame Gate na wysokości ok. 1800m. Machame Gate to początek Machame Route - drogi prowadzącej na górę od strony zachodniej przez Western Breach ("wyłom zachodni"). Pierwszy odcinek biegnie przez las tropikalny, a po poniższych plantacjach i sawannie, ta eksplozja roślinności robi duże wrażenie. Trasa okazała się mocno błotnista i po około pięciu godzinach niezbyt intensywnego marszu dotarliśmy do pierwszego obozu - Machame Hut leżącego na wysokości ok. 3000m, a parę minut za nami nasza obstawa kucharzy i tragarzy (których ile naprawdę było nie doliczyłem się aż do końca). W oczekiwaniu na ich przybycie obserwowaliśmy jakiegoś Niemca, którego tak zmogła choroba wysokościowa, że kręcił się wkółko nie wiedząc co się z nim dzieje, dopiero jego towarzysze posadzili go i zaczęli poić łyżeczką. Gdy nadszedł nasz sprzęt rozbiliśmy namioty i nie mając nic więcej do roboty obserwowaliśmy dobrze widoczną grań Shiry (najniższego z wierzchołków Kilimandżaro).
DZIEŃ DRUGI: SPALONY LAS.
Rano przywitała nas piękna pogoda - mogliśmy podziwiać i Shirę i najwyższy krater Kibo. Zaraz po śniadaniu zwinęliśmy obóz i powoli ruszyliśmy w górę. Okazało się, że od strony zachodniej mniej więcej od wysokości 3000m do 4000m w ubiegłym roku na Kilimandżaro szalał olbrzymi pożar, który był widoczny, aż w odległej prawie o sto kilometrów Arushy. Droga prowadziła przez kikuty spalonych drzew i resztki popalonych mchów - jak na razie zaczęła się odradzać tylko trawa. Na około czterech tysiącach metrów dociera się do progu skalnego za który pożar już się nie przedostał. Rozciąga się tu płaskowyż porośnięty mchami, trawami, magnoliami oraz krzewami przypominającymi "nasze" jałowce. Tam właśnie znajduje się Shira Hut na wysokości ok. 3900m -
OD STRONY WSCHODNIEJ KILIMANDŻARO MOŻEMY PODZIWIAĆ TAKIE WŁAŚNIE STARCE I LOBELIE
nasz drugi obóz. Doszliśmy tam dość wcześnie - między czternastą a piętnastą, więc po rozbiciu namiotów mieliśmy sporo czasu na oglądanie roślinności oraz dobrze widocznego stąd szczytu - szczególnie przed zachodem słońca.
DZIEŃ TRZECI: POLE POLE.
Tego dnia czekał nas krótszy odcinek - do pokonania około siedemset metrów wysokości bardzo powoli wznoszącą się ścieżką. Aby się dobrze zaaklimatyzować szliśmy naprawdę pole pole (w suahili: powoli powoli), a i tak trasa teraz już biegnąca przez teren skalisty, zajęła nam nie więcej niż pięć godzin i do naszego trzeciego obozu w Lava Tower leżącego na wysokości około 4600m dotarliśmy bardzo wcześnie. Po rozbiciu namiotów zaczęliśmy w naprawdę zwolnionym tempie krzątać się po obozie, który był poprostu schowany za skalną wieżą. Było dość zimno, a wiatr był chwilami naprawdę przenikliwy. Podobno (według relacji przewodników) jakiś miesiąc wcześniej była tutaj taka wichura, że dosłownie zmiotło stojącą tutaj okrągłą stalową chatkę (są one tradycyjne w miejscach obozów) i nasza obstawa nie mając namiotów chroniła się między skałami. Wieczorem przygotowaliśmy szturm żarcie, wodę, latarki oraz oczywiście filmy i aparaty, zjedliśmy małą kolację i ponieważ emocje nie pozwalały spać, a to leżąc, a to drzemiąc oczekiwaliśmy na mający się rozpocząć po północy atak szczytowy.
DZIEŃ CZWARTY: PORAŻKA?
Punktualnie o północy przy namiotach pojawił się nasz przewodnik, wypiliśmy jeszcze po kubku herbaty i zaraz ruszyliśmy, ponieważ mimo tego, że byłem ubrany we wszystko co miałem było bardzo zimno. Idąc szybko się rozgrzaliśmy, prowadził przewodnik, a pochód zamykał jeszcze jego asystent, a mimo to już po pierwszej godzinie marszu guide zaczął mieć kłopoty z odnalezieniem właściwej drogi i prowadził nas przez osypujący się wulkaniczny miał. Gdy zaś zaczął kierować się prosto w ścianę, która na pewno drogą nie była,nasz leader Krzysiek przejął inicjatywę. Zaczęliśmy się powoli piąć w górę na krawędzi ściany i żlebu starannie omijając zamarznięte płaty śniegu. Robiło się coraz stromiej i momentami trzeba było "wejść w skałę" uważając jednak bardzo aby nie opierać się na odpadających okruchach kamiennych. Na wysokości około 5000m pojawił się lód pokrywający cieniuteńką warstwą skały, pokonywaliśmy je pomagając ją sobie wzajemnie. Nasi "przewodnicy" wspinali się jako ostatni i żaden już nie próbował wskazywać drogi, gdzieś w dole na horyzoncie widać było światła jakiegoś miasta (przewodnik twierdził, że to Mombasa, ale na taką informację można było tylko stuknąć się w czoło). Uparcie pięliśmy się w górę coraz częściej odpoczywając w miejscach na skale, gdzie dało się usiąść, a nie było tego drobnego, osypującego się piargu. Około godziny szóstej, tuż przed brzaskiem zobaczyłem w górze na wschód od nas światło, to był szczyt - Uhuru Peak - był bardzo, bardzo blisko, jak na wyciągnięcie ręki. Pomyślałem, że teraz to już tylko jeden skok i zaraz tam będziemy - tym bardziej, że już się powoli rozwidniło. Idący w przodzie Krzysiek i Grzegorz docierali już do krawędzi krateru kierując się w stronę szczytu po rumowisku wielkich okruchów skalnych. Zanim reszta zaczęła się tam drapać Krzysiek już zawrócił - okazało się, że tamtędy nie przejdziemy! Zatrzymaliśmy się, Krzysiek wszedł jeszcze do góry do widocznej tuż nad nami czapy lodowca, którego przejście także okazało się niemożliwe. Nasi guides potrafili tylko rozłożyć ręce i zapała jedyna możliwa decyzja - schodzimy. Nastrój zrobił się naprawdę ciężki, tym bardziej, że zejście tą drogą ze względu na nasze zmęczenie było także bardzo trudne. Po drodze nasi przewodnicy usłyszeli od Krzyśka kilka słów prawdy w wyniku czego obrazili się i szli zupełnie na końcu. W każdym razie widać było, że nasz główny guide jest tym zejściem naprawdę przerażony, co utwierdziło nas w przekonaniu, że na tej drodze jest prawdopodobnie pierwszy raz. Na dole obozowali jacyś Amerykanie i tylko kręcili gło MAPA MASYWU KILIMANDŻARO Z OZNAKOWANYMI DROGAMI DZIEŃ PIĄTY: NA PRZEKÓR WSZYSTKIEMU - ZNOWU W GÓRĘ. Rano obudziłem się z postanowieniem - trzeba spróbować jeszcze raz. Okazało się, że Grzesiek już wczoraj myślał o ponownym ataku szczytowym i dlatego schodził po ciemku, żebyśmy mieli chociaż jedną latarkę. Wyskoczyliśmy z Grześkiem z namiotu i poszliśmy dowiedzieć się czy w innych także obudził się zapał. Okazało się, że Krzysiek z Dorotą nie zeszli do obozu - postanowili zanocować po drodze. Jarek także stwierdził, że powinniśmy iść jeszcze raz. Przy śniadaniu czekając na Krzyśka i Dorotę naświetliliśmy sprawę naszej obstawie tzn. że chcemy przedłużyć nasz pobyt na Kili o jeden dzień. W trakcie posiłku zeszła nasza brakująca dwójka i to w całkiem niezłej formie. Krzysiek natknął się na jaskinię, gdzie rozpalili ognisko i jakoś przeczekali do świtu. Leader na początku miał wątpliwości, czy nasza kieszeń wytrzyma to przedłużenie pobytu, więc ustaliliśmy, że maksymalna kwota na jaką nas jeszcze stać (w końcu w Afryce byliśmy już czwarty tydzień) to 100 USD, a więc tyle samo ile kosztował nas do tej pory każdy dzień pobytu w Kilimanjaro National Park. Zaczynając dyskusję myśleliśmy, że Dorota i Beata po tak ciężkim marszu poprzedniego dnia zrezygnują i zejdą na dół lecz stwierdziły, że także idą - przecież gorsze rzeczy się robiło! Teraz, kiedy grupa w całości była zdecydowana mogliśmy negocjować z naszymi tubylcami. Jak zwykle byli bardzo chętni do współpracy i bardzo chętnie by poszli w górę, ale no food - jedzenie się skończyło. Chwila namysłu - my im na to - no problem , możemy iść bez jedzenia (postanowiliśmy zaryzykować, że może uda się coś kupić w bazie u góry od innej ekipy). Na to usłyszeliśmy, że owszem my możemy nie jeść, ale tragarze i guides... no i doradzili nam, że lepiej i bardziej komfortowo dla nas będzie jak zejdziemy na dół i wejdziemy jeszcze raz drogą Marangu. Na nic zdawały się nasze stwierdzenia, że nie mamy pieniędzy na drugie wejście. Znowu chwila namysłu - no problem, możemy iść bez tragarzy - sami wniesiemy plecaki, niech idzie z nami jeden guide. Owszem guide bardzo chętnie by poszedł ale za 500 USD. Na coś takiego mogliśmy tylko odpowiedzieć, że jest szalony (a do tego bezczelny - bo to przecież przez jego nieudolność nie poszliśmy właściwą drogą) i zaczęliśmy się pakować. W trakcie zwijania obozu Krzysiek stwierdził, że trzeba wykonać następny ruch i odesłać tragarzy. Odeszli z pewnym ociąganiem i zatrzymali trochę poniżej nas. Guide przekonywał nas, że nie powinniśmy tego robić, ale my twierdziliśmy uparcie, że sami zniesiemy plecaki i tragarze mają zejść. W końcu znudziło im się czekanie i ruszyli w dół, a wtedy Krzysiek wziął od przewodnika nasze zezwolenie na pięciodniowy pobyt - niby to do obejrzenia, a potem schował poprostu do kieszeni. Guide trochę się burzył, ale leader zaraz go uciszył mówiąc, że my płacimy i chcemy je mieć. Leżeliśmy jeszcze jakiś czas w cieniu drzew i zbieraliśmy siły, a nasi czarni towarzysze zaczęli się chyba niecierpliwić i dopytywali się kiedy zamierzamy schodzić, a my odpowiadaliśmy, że zgodnie z zezwoleniem mamy jeszcze cały dzień i nigdzie nie musimy się spieszyć. W końcu około godziny trzynastej stwierdziliśmy, że nadeszła pora - spakowaliśmy to co zosało z jedzenia (tzn. dwa ogórki, dwa bakłażany i papryka), założyliśmy plecaki, a Krzysiek oznajmił naszym guides, że my idziemy w górę do Barafu Hut i oni jako nasi przewodnicy powinni pójść z nami. Jednak guides mieli inne zdanie, cóż, no guide - no problem. Myśleliśmy, że sumienie ich ruszy i pójdą za nami, ale okazało się, że rację miał Jarek, który twierdził, że oni nie maja sumienia. Rozciągnęliśmy się po drodze, tak, że przy skrzyżowaniu z drogą do Barranco i Horombo na wysokości około 4100m zrobiliśmy dłuższą przerwę czekając na Krzyśka i Dorotę, którym brak snu dał ostro w kość. Po siedemnastej zaczęliśmy iść dalej, a w Barafu Hut byliśmy o zmierzchu, gdzie niestety sprawdziło się to co usłyszeliśmy od schodzących w dół, którzy nas mijali, a mianowicie w tym obozie nie było wody. Oprócz nas była tam jakaś czteroosobowa ekipa niemiecko - szwajcarska. Doszliśmy tam z Jarkiem jako pierwsi i owi Szwajcarzy poczęstowali nas herbatą, nieco zszokowani, że nie mamy picia, tragarzy, przewodnika i wczoraj byliśmy na Western Breach. Nasza sytuacja z wodą nie była różowa - chyba mieliśmy po jakieś 0,5l na osobę. Zaraz po rozbiciu namiotów Krzysiek poszedł dogadać się z guidem tej ekipy, który przesiadywał wraz z ich tragarzami i kucharzem w stalowym schronie. Za 80 USD przewodnik zgodził się dołączyć nas do swojej grupy oraz (to już bezinteresownie) poczęstował nas herbatą i pop cornem. W porównaniu do Lava Tower było tu ciepło, mimo tego, że trochę wiało. Byliśmy bardzo zmęczeni i szybko położyliśmy się spać, tylko Krzysiek rozdał jeszcze z naszych żelaznych zapasów po 1/3 ogórka na osobę - nie cierpię świeżych ogórków, ale ten mi smakował - zawsze to coś mokrego. Atak szczytowy tradycyjnie miał się rozpocząć około północy, najpóźniej o 030. DZIEŃ SZÓSTY: WSZYSCY NA SZCZYCIE! Obudził nas Krzysiek, było trochę po północy, poszliśmy do schronu gdzie przewodnik zorganizował dla nas po jeszcze jednym kubku herbaty. Przed wyjściem jeden z członków ekipy z którą szliśmy na szczyt odpalił mi paluszki do mojej czołówki (dzięki mu za to!). Łagodnymi zygzakami pięliśmy się w górę, guide prowadził bardzo pewnie i od czasu do czasu robiliśmy krótkie przerwy, a wiejący dosyć intensywnie od wschodu wiatr trochę utrudniał oddychanie. Na wysokości około 5400m pojawił się śnieg, ale mimo tego, że było dosyć stromo szło się po nim pewnie tylko jednemu ze szwajcarów wypadł kijek i zjechał w dół. Pierwszy brzask zastał nas jeszcze przed krawędzią krateru, a na Stella Point na wysokości około 5700m było już jasno. Stojąc tam odwróciłem się na wschód - widok słonecznej poświaty wyłaniającej się zza Mawenzi był wspaniały! Luźną grupą co chwila pstrykając zdjęcia szliśmy krawędzią krateru Kibo do szczytu. Na nieszczęście skończył mi się film w aparacie i okazało się, że nie mogę wymienić na nowy - mechanizm zamarzł! Na szczycie Uhuru Peak - 5895m razem z Jarkiem i Beatą byliśmy dosłownie na minutę przed tym jak słońce wyłoniło się znad horyzontu. Było zimno - temperatura gdy stałem odwrócony tyłem do wiatru wynosiła minus 12oC. Chwilę zaczekaliśmy na Krzyśka i Dorotę, zrobiliśmy grupowe zdjęcie i ruszyliśmy z powrotem w kierunku Stella Point, gdzie pożegnał nas nasz poranny przewodnik schodzący ze swoją grupą drogą Marangu. Aparat fotograficzny po kilkunastu minutach trzymania pod ubraniem odmarzł i zacząłem znowu pstrykać zdjęcie za zdjęciem. Słońce już mocno przygrzewało, schodziliśmy od czasu do czasu oglądając się na "białą górę". W obozie Barafu Hut byliśmy na godzinę jedenastą, jeden z kucharzy szwajcarskiej ekipy zaczekał specjalnie na nasze KRATER KIBO Z NAJWYŻSZYM WIERZCHOŁKIEM UHURU PEAK zejście, pogratulował nam i poczęstował całkiem dobrą zupką, a następnie przygotował z posiadanych przez nas bakłażanów i papryki danie, które skwapliwie podzieliliśmy w miseczce na sześć równych części. Nasza przerwa na odpoczynek trwała do godziny dwunastej, potem spakowaliśmy się i znowu w dół. Nasz "last water point" - czyli ostatnie 0,5l wody na sześć osób wypiliśmy przy dobrze nam już znanym skrzyżowaniu drogi Mweka z Barranco i Horombo. Mimo zmęczenia zejście do Mweka Hut było naprawdę przyjemne, miło było wędrować bez patrzącej na każdy twój ruch murzyńskiej obstawy (zgodnie z przepisami Kilimanjaro National Park jest to wręcz niemożliwe, więc byliśmy na pewno jednymi z niewielu białych, którzy mieli taką przyjemność). W obozie Mweka znowu zrobiliśmy przerwę, tym razem półgodzinną, a nawet udało nam się załatwić herbatę od kucharzących tutaj tubylców (jej cena od 10 USD spadła do zera), ale im więcej jej piliśmy tym bardziej chciało się pić. I znowu w dół, roślinność z piętra afroalpejskiego przekształciła się w las tropikalny, a droga w błotnistą maź na której często i gęsto zaliczaliśmy upadki - Jarek nawet raz usiadł z poślizgu w kałużę. Byliśmy cali wymazani w czerwonym błocie. Idąc zastanawialiśmy się co nas czeka na bramie parku, czy będą jakieś konsekwencje przedłużenia przez nas pobytu, a do tego bez guide'a, czy też tylko skończy się na opłacie za ten jeden dzień więcej. Ciągle bardzo chciało się nam pić i szumiący wzdłuż trasy potoczek trochę nas denerwował - gdyby to była Polska! A tu niestety - ameba! Na Mweka Gate na wysokości około 1600m byliśmy o zmierzchu i przeszliśmy ją przez nikogo nie zatrzymywani. Niżej w wiosce Mweka (wszystko tu było Mweka), położonej wśród bananowych plantacji, weszliśmy na piwo do przydrożnej knajpy. Wieść o naszym pojawieniu się chyba szybko się rozeszła, bo gdy tylko ruszyliśmy znowu w drogę to zaraz zatrzymał nas Ranger Kilimanjaro National Park i ... ale to już zupełnie inna historia, w każdym razie nie było ani konsekwencji, ani dodatkowej opłaty. POSTSCRIPTUM: Opisane przeze mnie wydarzenia to sześciodniowy epizod z naszej wyprawy do Afryki Wschodniej w 02,03.1998 r. Ludźmi, którzy w ten dosyć nietypowy sposób zdobywali i szczęśliwie zdobyli najwyższy szczyt Afryki byli: Beata Ilczuk z Wrocławia, Adam Kutny ze Straszyna k/Gdańska, Krzysztof Lisowski z Opola (our leader), Jarosław Dandi Nowacki z Warszawy, Dorota Rutkowska z Poznania oraz Grzegorz Wójcik z Wrocławia. WAŻNE INFORMACJE: Ważną informacją dla osób wybierających się na dach Afryki może być to, że cena wejścia na szczyt najtańszą dotychczas (a także najłatwiejszą) drogą Marangu została zrównana z cenami innych dróg. Marangu jest mało atrakcyjna ponieważ wejście i zejście następuje tą samą trasą. W innych przypadkach można drogi łączyć w warianty np. wejść drogą Machame, a zejść drogą Mweka itp. Należy jednak pamiętać aby upewnić się czy panujące na Machame warunki pozwalają na przejście bez sprzętu alpinistycznego. Przewodnicy afrykańscy są raczej przyzwyczajeni do Marangu Route i wybierając trudniejszy wariant wejścia warto już w agencji upomnieć się o bardziej doświadczonego guide'a, a na pewno takiego, który posiada licencję dłużej niż kilka lat. Tekst: Adam Kutny Rysunki i mapa: Kilimanjaro National Park J. Hanby, D. Snelson, D. Bygott

